Trufle, Rossini a sprawa polska

foto: Internet
     Właśnie Facebook przypomniał mi życzliwie (internety nie zapominają), że równo 2 lata temu byłam w niezwykle malowniczym Gubbio, średniowiecznym mieście, opodal Perugii, w Umbrii, sercu Włoch. Kiedy zaproszono mnie tam na VI konkurs kulinarny „Tartufo di Gubbio”, jako obserwatora z Polski, nie powiedziałam "nie". Umbria z białych trufli słynie (tajemnicą poliszynela jest, że najsłynniejsze białe trufle piemonckie też czasem są z Umbrii) i stąd taki doroczny konkurs.
l'etto = 10 dag

Trufle, prócz wyszukanego smaku i aromatu są synonimem luksusu. Jak może być inaczej, skoro jeden kilogram tego „kruszcu” kosztuje nawet kilka tysięcy euro? Mnie trufle się kojarzą nierozerwalnie zapachem późnej jesieni we Włoszech i smakiem wielu dań o tej porze roku, z moim ulubionym pecorino, którego miąższ écru przetykany jest kawałeczkami czarnych trufli oraz z psami myśliwskimi, wypisz wymaluj, jak moja Diana.

Od dwóch już lat trufle kojarzą mi się również i kojarzyć będą ze wspomnianym bajkowym Gubbio i z końcem listopada, kiedy to w środku sezonu na te bulwy i, nie bez kozery w okolicach świąt Bożego Narodzenia, odbywa się, równolegle z konkursem kulinarnym, doroczny Festiwal Białej Trufli z Gubbio, na który ciągną zewsząd rzesze ciekawskich i smakoszy. Stragany, pokazy, wystawy, odczyty, wszystko związane z tematem przewodnim niezwykłego, tajemniczego, rosnącego pod ziemią grzyba, którego piewca sztuki kulinarnej Brillat-Savarin, przyjaciel Gioacchino Rossiniego, zwał „brylantami kuchni”.

Właśnie: ROSSINI!
Teraz, skoro padło nazwisko wielkiego kompozytora, proponuję Ci, cierpliwy Czytelniku, mały nawias na moje kolejne truflowe skojarzenie.
Kto kocha operę i jedzenie, na hasło „trufle” odpowiada: Rossini, zwany też Cigno di Pesaro, Łabędziem z Pesaro.
Rossini, genialny kompozytor wielkim, chorobliwym wręcz łasuchem był, czego dowodem po dziś dzień są niektóre jego receptury, a wśród nich najsłynniejsze tournedos alla Rossini, z fois gras i truflami właśnie.
Jak niesie legenda, Maestro miał w życiu zapłakać trzy razy. Pierwszy raz, kiedy jego debiutancka opera została żywiołowo wygwizdana przez nieżyczliwą mu publiczność. Trudno. Wcale mu to nie przeszkodziło w napisaniu kolejnych 29 oper, dzięki którym stał się pupilem światowej publiczności.
Rossini zapłakał też po raz drugi, wstrząśnięty dźwiękami strun skrzypiec poruszanych kościstymi palcami  Nicolò Paganiniego.
No i ten trzeci raz… O, losie okrutny!... Tak, wtedy to na łódce stała się rzecz straszna: właśnie miał wbić zęby w solidny puc indyka, kiedy nagle łodzią zachwiało i stało się najgorsze: kawał mięsa, śliski od masła, wysunął mu się z rąk wciąż poplamionych atramentem z pióra, którym właśnie kończył zapisywać nową partyturę. Wystarczyła jedna chwila nieuwagi, a już złocisty indyk z brunatnym farszem  zapadał się w wodną toń.… Cóż to była za rozpacz! Bo i cóż to był za indyk! Nie, nie, nie żaden wyschnięty wiór, którego Gioacchino nigdy nie uniósłby do ust. To był Pan Indyk. Nadziewany właśnie truflami.

Pora jednak zostawić niebiańskie dźwięki muzyki i wrócić do poezji smaku.
Konkurs w Gubbio to czas, w którym chefowie pichcą w skupieniu, a jury, w nie mniejszym skupieniu, skrzętnie zmiata z talerzy przygotowane dania konkursowe. W czasie trzech pokazów każdy kucharz ma zadanie wykonać dania – przystawkę, pierwsze i drugie – których składnikiem niezmiennie jest TBG, czyli tytułowa biała trufla z Gubbio. Co roku, prócz kucharzy włoskich, w szranki staje jeden kucharz z zagranicy.  










CIĄG DALSZY NASTĄPI! NIEZWŁOCZNIE 😈

Komentarze

Popularne posty