Śląskie fascynacje


W ciągu kilku kwietniowych dni dane mi było zachwycić się Śląskiem, z jego muzeami, zabytkami, miejscami rekreacji, kawiarniami, no i kultowymi już śląskimi smakami. Od tych tradycyjnych, po doskonałe rewizytacje. W miejscach do gastronomii stworzonych, ale także w zaadaptowanych w celach kulinarnych obiektach przemysłowych, jak Szyb Maciej i restauracja Modro. Ale jest to temat na zupełnie inną opowieść, w którj królować będzie Ona, sprawczyni i patronka dorocznego zabrzańskiego przedsięwzięcia, Walkiria na miarę naszych czasów, Prezydent (czwartą kadencję!) Miasta Zabrze, matematyczka z wykształcenia, kobieta wielkich zalet z natury - Małgorzata Mańka-Szulik. 

Tymczasem dzielę się z Państwem referatem, z którym pojechałam na konferencję do Zabrza, a opublikowanym w tomiku materiałów pokonferencyjnych widocznym na powyższym śląskim obrazku. 

Niematerialne, ulotne, nieuchwytne… W poszukiwaniu pamięci smakowej

Hasło „turystyka kulinarna” stało się ostatnimi czasy niemal szlagwortem fachowców z dziedzin turystyki, kulinariów, a także coraz bardziej rosnącej w siłę rzeszy wyedukowanych foodies, podążających celowo zaplanowanymi szlakami smaków, jak i foodies-neofitów, nawiedzonych ciekawością podniebienia. 

Wszyscy podążają więc za głosem smaku, ale czymże w takim razie jest smak? 

Claude Levi-Strauss, największy i pierwszy antropolog zajmujący się zagadnieniami smaku i kulinariów, doszedł do oczywistego dziś wniosku, że wybór naszych potraw nie opiera się na żadnych racjonalnych fundamentach. Jego przyczyny są niezliczone, a mogą nimi być tradycje, religie, mityczne tabu, wydarzenia historyczne – jednym słowem wszystko to, co niematerialne. Nasz smak ukształtowały zaszłości ulotne, nieuchwytne, a on sam jest bytem, którego nie można przekazać, opowiedzieć.

Pokarmy paliwem dziejów ludzkości

Wiadomo powszechnie – no, może poza niektórymi religiami wschodu – że człowiek je, by żyć. Ale gdyby tylko kierowała nami ciągła, acz jedyna potrzeba pozyskiwania życiowego paliwa, to żylibyśmy niezmiennie w epoce kamienia łupanego. 

Jednak historia jedzenia, a co za tym idzie historia ludzkości potoczyły się inaczej. Od momentu ujarzmienia ognia przez człowieka, wszystkie wydarzenia mające wpływ na ukształtowanie cywilizacji związane są z pożywieniem. Można się pokusić o stwierdzenie, że matką ludzkiej historii było wynalezienie gotowania, czyli kiedy produkt wyrwany naturze zaczęto poddawać obróbce ogniem. Dziś obrabiamy każdy pokarm i nawet wtedy, kiedy wydaje nam się, że spożywamy go au naturel, jak ostrygi, tatara, carpaccio, sashimi, to i tak modyfikujemy, „cywilizujemy” jego pierwotny smak za pomocą soli, przypraw, cytryny, sosów.

W konsekwencji wynalezienia gotowania zaczęły kolejno mnożyć się problemy: co jeść, z kim, ile, jak. Pojawiały się z biegiem czasu nowe, zależne od produktu, sposoby obróbki termicznej, tabu religijne, wskazania co do kolejności dań, kulinarny savoir vivre właściwy kolejnej epoce, a wreszcie wraz z rozwojem nauk medycznych, mnóstwo wskazań dietetycznych, które – między nami mówiąc - do dziś są gnębiącą nas zmorą. 

Prawie dolce vita, czyli życie ze słodkim 

Historia kulinariów, która jest naszym wielkim dziedzictwem przede wszystkim niematerialnym, ale również i materialnym, to historia nie tylko poszukiwania pożywienia, zaspokajania głodu, ale także historia sprawiania sobie przyjemności. Dowodem niech będzie historia cukru, produktu do XVI wieku niemal nieznanego. Wcześniej w Europie smak potraw poprawiano miodem. Jedynie południe, na którego historii kulinarnej i nie tylko wielkie piętno odcisnęła obecność Arabów, lubowało się w potrawach słodkich, deserach obficie słodzonych miodem, orzechach i migdałach zatapianych w karmelu z palonego cukru z trzciny cukrowej, nugatach, ptasich mleczkach i innych licznych delikatesach. 

Cukier trzcinowy i wyroby z niego pojawiały się początkowo wyłącznie na stołach magnackich, potem szlacheckich i bogatego mieszczaństwa. Był produktem niezwykle kosztownym, przez co uważano, iż ma moc świetnego medykamentu i sprzedawano go w aptekach. Z czasem, wciąż jako towar luksusowy, cukier stał się atrybutem świąt. W związku z jego rosnącą popularnością, egzotyczną nieco trzcinę cukrową zastąpiono swojskim burakiem i tak pod koniec XIX w okolicach Wrocławia powstała pierwsza w Europie cukrownia pozyskująca cukier z buraków.. Dziś ten niegdyś drogocenny przedmiot pożądania jest na świecie produktem o największym spożyciu. 

Chyba każda gospodyni prowadząca gospodarstwo agroturystyczne wie, jak łasy jej ciast, deserów i przetworów owocowych jest każdy gość. Zaś cukiernie i kawiarnie są prawdziwą mekką dla konsumentów zarówno miejscowych, jak i przyjezdnych. 


Na drodze do Damaszku

Pożywienie jest najpowszechniejszym językiem ludzkości. Każda kuchnia, podobnie jak język, stanowi odbicie danej społeczności. Od czasów pierwszego rożna barbarzyńców, po czasy niemal kosmicznie wyposażonych kuchni indukcyjnych, kultury odróżnia się na podstawie tego, co się na danym obszarze jada. 

Tak więc powszechnie znana jest awersja Anglików do końskiego mięsa, uznanego za zbyt bliskie człowiekowi oraz niechęć północnych nacji do uwielbianych gdzie indziej grzybów, jednak uznawanych przez Skandynawów za pokarm dla krów i reniferów.

Wszyscy razem, w naszym kręgu kulturowym, nie jadamy szarańczy, małpich mózgów ani szczurów, ale też mamy swoje tabu i to wypływające głównie z religijnych poruczeń. Bowiem na nasze nawyki żywieniowe zasadniczy wpływ wywarły trzy wielkie religie monoteistyczne.

W konsekwencji religijnych nakazów Żydzi i Arabowie nie tykają smakowitej dla innych wieprzowiny, a halal i koszerne zasady są wyrazem awersji tychże do krwistego mięsa. I w ogóle należy uznać, iż, podczas gdy pokarmy żydowskie i arabskie pełne są tabu, to chrześcijaństwo w sumie cechuje wszystkożerność. 

Niech nikt nie podzieli was zależnie od tego, co jadacie! – przestrzegał wiernych święty Paweł. Urodzony w Syrii, kulturowym tyglu, wiedział, jak żywieniowe nakazy religijne mogą różnić między sobą społeczności. Miał intuicję, trzeba przyznać. Jednak mimo olśnienia na drodze do Damaszku nie przeczuł, iż to właśnie w świecie chrześcijańskim, kilka wieków później, dojdzie do rozłamu z powodu… chleba. Świat ten podzielony jest do dziś na chrześcijan zachodnich, którzy wzorem starszych braci w wierze używają na wzór macy w celach rytualnych chleba przaśnego, jakim jest opłatek, zaś chrześcijanie wschodni zostali przy chlebie poddanym fermentacji.

Ku nieśmiertelności

Dziś niemal każdy świadomy obywatel, a foodies szczególnie, chciałby odżywiać się jak najsmaczniej, a przy tym i jak najlepiej, by w dobrym zdrowiu i krzepie fizycznej jak najpóźniej dokonać żywota. 

Jednak jak by się tak dobrze zastanowić, to nie mamy do czynienia z żadnym novum, a być może te wzorce zostały zapisane już w starożytności. Wszak bogowie na Olimpie czynili to samo. Wedle Homera była to pokaźna grupa smakoszy, bankietujących od świtu po noc. Warto jednak zauważyć, że bogowie jadali prosto i zdrowo: pszenne placki (pita, prototyp pizzy), winogrona, doprawiali dania oliwą, popijali winem. No i jeszcze zakrapiali suto ambrozją, destylatem z rogu kozicy Ameltei, która miała ponoć wykarmić Zeusa. A faktycznie była to chyba pierwsza w historii nalewka, destylat winny, w którym umyślni na Olimpie macerowali halucynogenne muchomory. Chciało by się rzec „nie ma używek, nie ma imprezy”, ale przecież chodziło o rzecz bardzo poszukiwaną, zajmującą wszystkich do dziś: destylat ambrozją zwany zapewniał nieśmiertelność. Ot, takie panaceum na bolączki trapiące tak bogów, jak i śmiertelników. 

Prócz prostego jedzenia, właściwego chłopskiej kuchni z południa Europy i Bliskiego Wschodu po dzień dzisiejszy, bogowie raczyli się też dobrem luksusowym: migdałami, ziarnem sezamowym, ricottą z miodem lub wodą z kwiatów pomarańczy – produktami, które nadal pozostają atrybutami świątecznych deserów, nawet na dalekiej i zimnej północy.

Ponad dwa tysiąclecia później, bo w drugiej połowie XX wieku, pewien amerykański lekarz spędzał wraz z małżonką czas na południu Włoch, w ukochanej Apulii, obserwując miejscową ludność, żyjącą bardzo długo i to w dobrym zdrowiu. Zaintrygowało co, jak i kiedy jedzą. W wyniku tych przedłużających się badań, doktor nie tylko zamieszkał w Apulii na stałe, ale też opracował dla ludzkości przedłużającą życie i gwarantującą zdrowie dietę-cud, przekazaną w sumie przez starożytnych: regularne, lekkie posiłki, proste produkty, mączne, mało mięsa, czasem ryby, trochę oliwy, kilka podstawowych przypraw i dużo warzyw i owoców. No i szklaneczka wina, najlepiej czerwonego, do obiadu czy kolacji. 

Dieta bogów oparta na produktach, które niemal wprost z pól i ogrodów trafiają na stół, zrobiła wielką, światową karierę pod nazwą diety śródziemnomorskiej i jeszcze długo będzie zajmować czołowe miejsce na szczycie Olimpu i królować wśród innych diet mających zagwarantować ludzkości bodaj namiastkę nieśmiertelności.

Współczesny foodie pięknie wpisuje się w tę tradycję pogoni za długowiecznością z jednej, a rozkoszą podniebienia z drugiej strony. Poszukuje, niemal jak w amoku, zdrowej, świeżej, sezonowej, nieprzetworzonej żywności, najlepiej prosto od rolnika. Myszkuje frenetycznie wśród targów i ekologicznych upraw, poruszając się niczym mnich-ogrodnik pośród średniowiecznego hortus conclusus, ogrodu zamkniętego, magicznego, odgrodzonego od łez ziemskiego padołu, misternie zaplanowanego według reguł matematyki, alchemii i kabały – tak, by ziemia tego poletka rodziła owoce i zioła mające szczególną moc. 


Kobieca asceza, męska chuć i ten „obcy”. Trójkąt również kulinarny

Zgodnie z naukami ojców Kościoła w świecie chrześcijańskim można jeść niemal wszystko, a głównym zaleceniem jest nie tyle „co”, a „ile” i „kiedy”, bowiem religia zaleca umiarkowanie, wstrzemięźliwość, ze szczególnym uwzględnieniem okresów postu.

Posty, polegające głównie na powstrzymywaniu się od mięsa i używek, przywędrowały wraz z chrystianizacją na północ Europy via Rzym, wprost z Bliskiego Wschodu. W ciepłej strefie, dla uduchowionych eremitów pustyni Syryjskiej może i miały rację bytu, ale w mrocznym i zimnym klimacie, gdzie na przeciąg długich, zimowych miesięcy borykano się z problemem czającego się wciąż widma głodu – chyba trochę mniej. A jednak, paradoksalnie, to tu, wśród niższych warstw społecznych, posty znalazły poklask i stały się swoistym usprawiedliwieniem, wręcz uświęceniem dźwigania krzyża codzienności, jakim była troska o przeżycie, szczególnie na przednówku. 

Konieczność zachowania wstrzemięźliwości od spożywania mięsa stała się – o zgrozo! – także rażącą bronią w rękach mężczyzn, a skierowaną przeciw kobietom. Szczególnie w wiekach średnich, na fali nauk opisujących kobietę, źródło zła i rozwiązłości, która „(…) zapłodniona nadal – w przeciwieństwie do zwierząt – pragnie kolejnych stosunków”.

Należało temu przeciwdziałać. Jak? Karmiąc kobiety sałatą, która miała wyciszyć chuć. Zaś mężczyzn mięsem, by płonął w nich wieczny ogień pożądania. Efekty tych praktyk były godne pożałowania, albowiem młode kobiety, szczególnie z arystokratycznych rodzin, masowo umierały z niedożywienia i anemii, zaś mężczyźni schodzili na dnę moczanową. Dość przypomnieć Karola Wielkiego, który wolał umrzeć kulawy, na podagrę, niż zmienić dietę na lżejszą, ale za to bardziej obraźliwą dla męskiej dumy. Do tej galerii osobliwości można zaliczyć też kilka umartwiających się sałatą księżniczek, które zeszły śmiertelnie jedząc uporczywie jedynie zieleninę. 

Obyczaj ten wspierała nawet literatura, czego dowodem jest zawrotna kariera literacka (oraz przekazy oralne), jaką zrobiła przypowieść autorstwa papieża Grzegorza V, późniejszego świętego, o pewnej mniszce, która w ogrodzie warzywnym, w przypływie pazerności pochłonęła główkę sałaty wraz z siedzącym w niej diabłem. Ku przestrodze. 

Zbyt mało „poważne” traktowanie jedzenia opartego na mięsiwie i piwie znalazło swoje odbicie w polskiej literaturze szlacheckiej, obnażającej konflikt, jaki powstał w XVI wieku na linii zetknięcia dwóch kultur śródziemnomorskiej i sarmackiej. Doszło do tego za sprawą świetnie wykształconej królowej Bony, która jako niepokorna białogłowa śmiała zaproponować polskiemu szlachciurze inne obyczaje. Ich nienawiść do „obcej” przelała się również na jej cały włoski dwór i wszystkich, którzy za nim podążali. A największa odrazę budziły, rzecz jasna, „obce” kulinaria, w tym zupełnie niepojęty zwyczaj jedzenia warzyw i… sałaty!

Dobra Włochowi żaba, a do niej sałata,

Lecz Polakowi sztuka mięsa zawsze grata

podkreślał różnicę i nieprzystawalność gustów poeta Naborowski. 

Mniej subtelny był Marcin Bielski, który godził wprost w zniewieściałość oraz dawał upust nienawiści płynącej z obrzydzenia do jedzenia sałat, zieleniny i obcego obyczaju en bloc:

Pierwej tu tych Włochów nigdy nie bywało:

Franca, piżmo sałata tu z nimi nastało;

Owe pludry opuchłe, pończoszki mostardy

Niedawno tu przyniósł włoski naród hardy. 

Niewątpliwie Włoch z powyższych zmagań poetyckich odzwierciedlał niepojęte dla sarmaty podejście do życia, mniej waleczne, za to godne nagany, bo lekkie, skierowane na przyjemności, bardziej zmysłowe. Nawiasem mówiąc, dziś nas, którzy ocieramy się o dietologię, po opisie rejowskiego śniadania z całym prosięciem i antałkiem piwa, zjawisko pewnej ociężałości może wcale nie dziwić.

Nie wdając się w ocenę tej niechęci do „obcych”, która co jakiś czas daje o sobie znać, dobrze będzie, jeśli dziś turysta w poszukiwaniu smaków zachowa świadomość, że w czasie podróży zetknie się z „obcym” na talerzu, ale też, że to on sam jest tym „obcym” w świecie, do którego czasem nie przystaje.

Afrodyzjaki w służbie ludzkości

Mniszka łapczywie pochłaniająca sałatę wraz z diabłem, ale głównie stworzona do miłości Afrodyta, która po śmierci ukochanego Adonisa usypia na sałacie, tam szukając ukojenia i studząc namiętności, mimo woli wprowadza temat paraleli, jaka występują między jedzeniem, a seksem. Truizmem będzie powtarzać, że jemy, by żyć i by uprawiać seks celem przedłużenia gatunku, bowiem, jak wcześniej ustaliliśmy, jedzenie dawno przestało wyłącznie zaspokajać głód, zaś seks, podobnie, wykroczył poza zwykłą potrzebę rozmnażania. Konieczność przeszła w nadmiar, a funkcja życiowa przerodziła się w pasję. Tak czy owak, jedzenie i seks są wywołane przez głód, pragnienie i oba konsumowane, a udział w tej konsumpcji biorą te same organy. 

Jedzenie swym kształtem, właściwościami, kosztownością zawsze inspirowało zakochanych, więc od samej Afrodyty zyskało nazwę afrodyzjaków. 

Eros na talerzu miał i ma wiele postaci. Mogą to być jednoznacznie kojarzące się rozchylone małże, przekrojone figi, ale też szparagi, banany, warzywa korzenne. Skorupiaki w tym wypadku odgrywały rolę szczególną, gdyż to właśnie z morskiej piany i muszli wyłoniła się bogini miłości. No i zawierają sole mineralne sprzyjające potencji. Podobnie ostra papryczka, która nie tylko kształtem nawiązuje do symboli fallicznych, ale zawarta w niej paląca kapscycyina sprawia, iż krew od razu krąży szybciej. 

Bywają potrawy bardziej dosłowne, a uznane za afrodyzjakalne. Dlatego, szczególnie wiosną, na targowiskach Maghrebu i Bliskiego Wschodu pojawia się obfitość jąder baranich, koźlich i byczych. Chińczycy nie chcąc pozostawać w tyle promują restaurację, gdzie serwuje się dania z misternie utrefionych oślich penisów. Restauracje dla chętnego, odważnego kulinarnie turysty, ale dozwolone od lat czternastu.

Kosztowne i wyszukane potrawy, jak trufle, szampan, struś, żabie udka wciąż pozostają w cenie, nie tylko fiskalnej. Prawo do afrodyzjaku ma mieć każdy, więc piewca miłości Owidiusz, w swojej Ars amatoria wegetarianom polecał sałatkę na bazie rukoli, byle rosnącej i zebranej wokół posągu fallicznego bóstwa Priapa. 

Mahomet chełpił się, zapewne mocno na wyrost, iż po kawie może posiąść nawet czterdzieści kobiet. Natomiast pokojowo nastawiony Montezuma, zgodnie z hasłem love not war, pijał xocoatl, napój kakaowy, co być może i w miłości służyło, ale w walce przeciw konkwistadorom okazało się jakże zgubne. 

Wedle współczesnej nauki pokarmy-wiagra nie istnieją. Wszystko więc pozostaje w sferze niematerialnej, ulotnej, nieuchwytnej, potrzebie niecodzienności, w ludzkiej fantazji, a nie w farmacji. 

Miejska, globalna dżungla podróbek

Diety, produkty najlepsze jakościowo – oto z jakimi problemami boryka się społeczeństwo syte, wręcz ociężałe. Wobec siedmiu miliardów mieszkańców naszej planety, z czego większa część głoduje i ciągle szuka pożywienia, syci desperacko usiłują jeść mniej, albo nie jeść w ogóle. Ot, taki kolejny paradoks. Z zalecanej przez chrześcijaństwo wstrzemięźliwości bogaci czynią problem natury etycznej, a szczupła sylwetka jest oznaką wyższego statusu społecznego. 

Dietetycy powtarzają, niczym laicką mantrę, by jeść wszystkiego po trochu, a asceza à la święty Paweł przejawia się czasem w zakrawającym na histerię wybieraniu „lepszej” żywności. 

W poszukiwaniach dobrego jedzenia, szczególnie w duchu diety śródziemnomorskiej, nawet notoryczny poszukiwacz smaku winien zachować ostrożność, bowiem rynki zasypane są niewiarygodną wprost ilością spożywczych podróbek. 

Jest to zjawisko powstałe niewątpliwie na fali popularności, ale któremu trudno zapobiec, od kiedy produkty niszowe jak sery, pizza, makarony przeniosły się z wymiaru iście lokalnego, ubogiej kuchni do globalnego, a popyt na nie stale rośnie. 

Wątpliwy prymat wiodą podróbki włoskich produktów spożywczych, Rynek mozzariny zamiast mozzarelli, brazylijskiego parmesao w miejsce parmezanu i cambozoli w miejsce gorgonzoli, sera sardyńskiego pecorino rodem z Rumunii, oliwy rzekomo pompejańskiej, ale produkowanej w Australii, zasypujących nawet włoski rynek suszonych pomidorów z Chin, podejrzanego wina, itd., itd., bez końca, to rynek szacowany jest na 56 miliardów euro rocznie. 

Z przyczyny ogromu tego zjawiska, na światowej wystawie EXPO 2015 osobną ekspozycję poświęcono właśnie równie światowym podróbkom włoskiej żywności. 

Włochom na pocieszenie pozostaje jedynie fakt, że jest to niewątpliwy dowód największej popularności ich kuchni w tym momencie. Bowiem wygląda na to, że wszyscy chcą italian food, zaś większość płaci raczej za italian souding i produkty pochodzenia niekontrolowanego.

W zaistniałej sytuacji, na usta i klawiaturę ciśnie się następująca rada skierowana do umasowionego poszukiwacza smaków: Turysto! Zjedz mniej, ale poruszaj się szlakami kulinarnymi, śladami znaków smaku, a jeszcze lepiej, szlakami produktów z oznakowaniem jakości i geograficznego pochodzenia. 




Opowieści gastronomicznych o aspekcie niematerialnym, czyli głównie o tym, co bezpośrednio i pośrednio wywarło wpływ na gusta turystów kulinarnych jest dostatek, napisano już na ten temat tony książek i nie sposób przytoczyć ich nawet małej części. (Ale a nuż rozbudzona tu ciekawość popchnie Czytelnika do sięgnięcia po niektóre z nich?). 

Warto jednak przy okazji rozważań na temat niematerialnego dziedzictwa kulinarnego zwrócić uwagę na jeszcze inny aspekt kuchenny. Mianowicie taki, że dziś kuchnia, zarówno w wymiarze niematerialnym, jak i materialnym, ma kilka niezbywalnych atrybutów. Jednym z nich jest to, że gotowanie nie jest żadną domeną garkotłuka z powieści dla kucharek, a przeciwnie – inspiruje po dziś dzień niezliczone dysputy mniej lub bardziej intelektualne. Powiem więcej: obserwując współczesne trendy i powszechne, wręcz masowe zainteresowanie kulinariami, mnogość programów i publikacji poświęconych temu zagadnieniu, otaczanie nabożeństwem słynnych chefów i ich lokali, zwyczaj indywidualnego bądź zbiorowego bywania na targach, szukania zdrowych czy też modnych produktów, jedzenia i natychmiastowego dzielenia się ze znajomymi doświadczeniami bodaj wizualnymi, pojawianie się niczym grzybów po deszczu ciągle nowych blogów tematycznych, autopromocja i kariera jednostek, tzw. aktywistów kulinarnych i wiele innych zjawisk, pozostawia wrażenie, iż mamy do czynienia ze swoistą nową religią wyposażoną we wszelkie niezbędne rekwizyty, jakimi są zbiorowe rytuały, świątynie i kapłani. 

Powiedzmy też sobie otwarcie - kuchnia jest w pewnym sensie ostoją wolności. W końcu któż nam zabroni posolić więcej lub mniej, zadecydować czy dodać albo i nie kilka ząbków czosnku, przyrządzić danie na ostro, z winem lub miodem, postanowić wsypać oregano zamiast zwyczajowego majeranku?

Można by też się również pokusić o konstatację, iż kuchnia łagodzi obyczaje, czego dowodem jest nieustająca ludzka potrzeba biesiadowania, która w obecnych czasach zachowuje dawne formy – vide rytualne grillowanie – ale i przybiera nowe. Człowiek oddalając się od zwierzęcia poznał co to – używając określenia Seneki – luxuria, rozpusta, a łagodniej: chęć dogodzenia sobie, która głód przekształca w apetyt, a jedzenie w smakowanie. Ale nawet Seneka nie mógł przypuszczać, że pewnego dnia pojawią się, i to nie tylko na Półwyspie Apenińskim, foodies, którzy łapczywie zamienią tradycyjne posiłki, w tym i te zbiorowe, biesiadne, na lunch, brunch czy happy hour. 



Pożywienie, którego historia zmieniła świat, bieg dziejów ludzkości, to czysta kultura, zarówno w sensie materialnym, jak i niematerialnym. Jest kulturą w każdym momencie: kiedy pozyskuje się produkt, kiedy się ten produkt obrabia, a także kiedy się go spożywa wedle obowiązujących reguł i w określonych kontekstach. Jest owocem naszej tożsamości, a także narzędziem, za pomocą którego możemy o tej tożsamości opowiedzieć innym, pokazać. Tak, by za pomocą dań, lokali, targowisk, lokalnych wytwórców wyrobów tradycyjnych, książek o jedzeniu i obyczajach, lokalnych świąt, nawet niematerialne, ulotne, nieuchwytne stało się materialnym. W zasięgu ręki. 


Po wyczerpującej lekturze - pora się posilić. 
Żegnając się nieodzowną śląską roladą z - jakże by inaczej! - śląskimi kluskami oraz obligatoryjną modro kapustą (w restauracji Modro, oczywiście), życzę wszystkim Państwu smacznego i fascynującego Śląska!

Komentarze

Popularne posty