Ricotta - gorzki, niedokończony kęs wolności


Amaro znaczy gorzki. Gorzki likier, końcowy akcent posiłku, ma ułatwić trawienie. 
Ale czasem zdarza się, że już pierwszy kęs strawy uwięźnie w gardle i zostawi gorycz. Na zawsze. Nawet jeśli to mdła ricotta. 

W naszym mieście stał od wieków Łuk Trójcy Przenajświętszej, powszechnie zwany Arco del Padreterno. Był (i jest) wykutym w muszlowym tufie świadectwem dawnej świetności miasteczka, pozostałością po barokowej bramie wjazdowej do pałacyku Palagonia vel Willi Potworówperły baroku, cytowanej chyba we wszystkich w podręcznikach architektury.
Kiedyś, przechodząc obok, zauważyłam, nie po raz pierwszy zresztą, grupę starszych kobiet, rygorystycznie ubranych w czerń. Panie siedziały na przyniesionych z domu krzesełkach i wznosiły zbiorowe modły do umieszczonego wewnątrz łuku Ojca Wiekuistego, czyli rzeczonego Padre Eterno. Przystanęliśmy na moment, by zrozumieć intencje modlących, mamroczących z różańcami w rękach litanię w ścisłym dialekcie palermitańskim, rzecz jasna. I zrozumieliśmy. Kobiety modliły się żarliwie i chórem w intencji niejakiego Narduzzu vel Binnu, Bernardo Provenzano, rodem z Corleone. Ten wielkiego kalibru boss mafii, winny rozlicznych zbrodni, morderstw, zamachów bombowych, śmierci czołowych sędziów, wydelegowany do tworzenia mrocznych układów z władzami państwa i mafią, już wówczas ukrywał się trzydzieści z górą lat przed wymiarem sprawiedliwości. I o to szło w modłach: by go nigdy nie ujęto, przecież to prześladowany, niewinny, dobry, modlący, wprost święty człowiek. 




   ******


Mieliśmy dom za miastem, na wzgórzu między dwoma zatokami. Z tysiącletniej wieży widać było kawał świata. Od zachodu widok rozpościerał się na zatokę Palermitańską i całą stolicę wyspy. Przy dobrej pogodzie pojawiała się Ustica, a także mniejsze wysepki, Filicudi i Alicudi. Od wschodu zaś rozlewała się druga zatoka, która nocą migała latarnią morską Cefalù.


fot. Jan Kościańczuk
Saraceni zaplanowali system takich wież dookoła całego wybrzeża wyspy, by mieć dokładny ogląd okolicy, wypatrywać, czy nie nadciągają piraci, czekać w gotowości na statki kalifów.  Z wieży do wieży, za pomocą rozpalanych ogni, strażnicy porozumiewali się błyskawicznie; wieści o nadchodzącym zagrożeniu, nagłych  i niezapowiedzianych ważnych wizytach, czy innych wydarzeniach, w ciągu 45 minut obiegały całą Sycylię.




Od południa, na pagórkowatej, rozciągającej się wokół wieży wsi, mieszkali sąsiedzi. Uprawiali swoje gaje oliwne i cytrynowe, drzewa owocowe, zagony z karczochami, pomidorami, bakłażanami i łany bazylii. Ich domostwa zazwyczaj cechowała wątpliwa estetyka, za to pachniało pięknie. 
Opodal, niżej, otoczony drogą z jednej, a gajem cytrynowym z drugiej strony, stał duży, biały dom. Wyglądał na opuszczony, okna były ciągle zamknięte, żadnego ruchu i tylko czasem ktoś podlewał rośliny. 
Pewnego dnia, o brzasku, kiedy zgasły światła miast i miasteczek, jeszcze przed godziną 4.00 rano postanowiłam wyjść na taras. Chciałam tylko napaść oczy widokiem wielkiego pomarańczowego słońca, które własnie wyłaniało się znad wód zatoki Cefalutańskiej. Wypaczone od słońca, deszczu i soli morskiej drzwi otwierały się ciężko, stawiały opór. Uchyliły się dopiero od mocnego pchnięcia biodrem, moim biodrem. I wtedy, jeszcze przez ledwie wpół otwarte, zobaczyłam, że wąską drogą wśród oliwek sunęło kilka wypasionych limuzyn i jeden samochód, który wyglądał jak ambulans. Auta zatrzymały się przed opuszczonym domem, ale już ktoś podbiegł, by otworzyć bramę i cała karawana, jak wąż, wsunęła się na teren i zatrzymała przed domem. Chyba przed domem.
Nie wiem, co działo się dalej, bo moje zdziwienie natychmiast zagospodarował wrodzony refleks i instynkt samozachowawczy. Błyskawicznie wślizgnęłam się na powrót do domu, zamykając drzwi tarasowe na rygiel, z nadzieją, że nikomu nie rzuciła się w oczy biel haftowanego płótna mojej, bądź co bądź, zabytkowej nocnej koszuli.  

Usiadłam. I wreszcie wtedy wcześniejsze lata spędzone na Sycylii ułożyły mi się w jedną, spójną całość. 


fot. Jan Kościańczuk
Kiedy rozpoczęliśmy rekonstrukcję walącej się, opuszczonej wieży wraz zabudowaniami, wokół nas rozpętała się wojna, po prostu piekło. Znienacka uchylono wcześniejsze pozwolenie na prace budowlane. Obudził się też konserwator zabytków i objął obiekt ochroną... dekretem wsteczynm (!).  Budową interesowały się żywo lokalne telewizje, radia, prasa. 
Mieliśmy nawet najazd policji szukającej wśród rusztowań... depozytu broni i amunicji. Tak im wynikało z donosu, kolejnego. Wraz z  dwunastoletnią córką dawałyśmy odpór fotografując ich w akcji i namawiając się głośno po polsku, co wprawiało miejscowych policjantów w niewyobrażalną konsternację. 
Pewnego dnia, kiedy doglądałam (na ile mogłam) robotników na budowie, podjechały wozy terenowe z nadleśnictwa. Wysypała się z nich uzbrojona po zęby gromada gości w czarnych, bojowych skafandrach, która, mimo niekompletnego, otwartego ogrodzenia i ku zdziwieniu moim i robotników, wzięła szturmem fragmenty murów okalających posiadłość. Nie znalazłszy niczego, co naruszałoby normy, wlepili nam mandat za rzekomo krzywo postawiony murek w wysokości... dzisiejszych 2 - słownie dwóch - euro.
Jednym słowem był to chyba jedyny przypadek w historii wyspy, kiedy Sycylijczycy, sterowani wewnętrzną siłą destrukcji i autodestrukcji, nie uznający żadnych praw, którzy zdewastowali na wyspie co się dało, nagle stali się ekspertami i obrońcami zabytków.
Dostawaliśmy - chyba celowo - sprzeczne informacje co do tego, kto mógł stać za tą całą zadymą. Nasze wyjaśnienia, interwencje nawet "na szczeblach" nie pomagały, nie było wpływów, których dało by się użyć. 
Kiedy więc świtem bladym zobaczyłam limuzyny i (chyba?) karetkę sunące do opuszczonego domu, podejrzenia sprzed kilku lat przerodziły się w pewność. To całe zamieszanie z budową, robotnikami, ludźmi, czyli nami, którzy pojawili się w nagle w niejasnych zamiarach, mogli obserwować całą okolicę i nie wiedzieć czemu zaburzyli dotychczasowy porządek, senną, wiejską ciszę, było zwyczajnie komuś nie na rękę, stwarzało zagrożenie. 
Kto żyje wśród Sycylijczyków z tamtych stron wie, że właśnie w takich opuszczonych domach, głównie w okolicach wyludniających się zimą, zawsze może ukrywać się u' pissicutu, ścigany, albo dom taki może być czasową rafinerią heroiny. Taka specyfika. 
I faktycznie, jak się okazało, obawiając się w sumie mieli rację: trzeba było jednej z Warszawy, żeby w najmniej odpowiednim momencie, w tak zwanym "trójkącie śmierci", czyli między Palermo, Bagherią i Corleone, w okolicy o najwyższym stężeniu mafiosów na metr kwadratowy, wychodziła w bieliźnie z epoki na taras, przed 4.00 nad ranem, podziwiać wschód słońca...

********
Kim był człowiek ukrywający się w białym domu między cytrynami, czy ukrywającym się największym bossem, szefem zbrojnego ramienia Cosa Nostry, Bernardo Provenzano, w intencji którego tak żarliwie modliły się kobiety w czerni? Nie wiem, choć prawdopodobieństwo jest spore. 


W naszym mieście wielu utrzymywało, że czasem można go było zobaczyć, jak spaceruje nie niepokojony po nadmorskim deptaku w Asprze, czy Casteldacci. Ale ludzie mówią różne rzeczy. Niektórzy twierdzili, że po tylu operacjach plastycznych  i tak nikt by go nie rozpoznał. 
Rzeczonego bossa odziały specjalne rozpoznały i ujęły niewiele później po mojej przygodzie na tarasie. Aresztowano go w roku 2006, po czterdziestu trzech latach ukrywania się w różnych miejscach. Poza epizodem niemieckim, gdzie najprawdopodobniej przebywał z dziećmi u swojego brata, to Binnu vel Narduzzu głównie trzymał się ukochanej Sycylii, często zmieniając kryjówki, nie tak daleko od domu. 
Ujęto go w końcu też blisko domu, w chacie pasterza, z którym się znali od dziecka, w górach kilka kilometrów od Corleone. 
Schorowany boss właśnie szykował sobie zdrowy, prosty wiejski posiłek na bazie jeszcze ciepłej, dopiero co odwarzonej ricotty z mleka owiec, które umilały mu dzień dźwiękiem swoich dzwonków, z gorzkiej cykorii i słodkiego miodu...


Obiadu nie dojadł, a smak mdłej ricotty, gorzkawej cykorii i słodycz miodu musiały słynącemu z pobożności zbrodniarzowi starczyć na długo. Były bowiem ostatnim smakiem, jakiego zaznał na wolności. 


******
Provenzano spędził więzieniu kolejnych 10 lat. Do przedwczoraj, kiedy wiadomość o jego śmierci w 83. wiośnie życia obiegła świat. Żył tyle, ile jego ofiarom nie było dane, a zabrał do grobu więcej niż powiedział.  
Obecny burmistrz Corleone oświadczył, że wiadomość o śmierci bossa "to wielka ulga dla miasta", Roberto Saviano, autor Gomorry, powiedział: "Nie będzie odpoczywał w spokoju", zakazano publicznego pogrzebu, itd, itd...

Dla mnie, przy całym okropieństwie innych skojarzeń, jego nazwisko już  zawsze przywoła wspomnienie kobiet w czerni mamroczących różaniec i litanie w jego intencji, w chmurze unoszącego się z pobliskiej piekarni zapachu długich chlebków, całych obtoczonych  w ziarnie sezamowym, które chudy, umorusany, bezzębny piekarz wyciągał łopatą z pieca opalanego drewnem oliwkowym i cytrynowym. A także jeszcze ciepłej ricotty, własnoręcznie odwarzanej przez schorowanego, starzejącego się potwora w ludzkiej skórze.
Bo Sycylia, która - jak powiada Dacia Maraini - non conosce le sfumature, nie zna odcieni, niuansów, wgryza się, wżera w pamięć, na zawsze, na dobre i na złe.  


fot. Jan Kościańczuk
fot. Jan Kościańczuk




Komentarze

  1. Owszem Sycylia wżera się w pamięć. . Jednak temat mafii jest bardziej skomplikowany i sięga kilku stuleci. Należałoby lepiej przestudiować temat ludności sycylijskiej i korzeni. Dziś był potrzeb Provenzano..Od kilku miesięcy mieszkam w Corleone, a wcześniej kilka lat w Palermo .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że jest, ale to nie jest blog polityczny, a osobisty, więc na użytek zastosowałam litentia poetica. :-) Natomiast poważnie o mafii - jako kształcony w Palermo antropolog, po ponad 30-tu latach studiowania ludności sycylijskiej i korzeni - mówię w poważnych programach tv, radia, piszę. Ale to nie jest to miejsce. Pozdrawiam Panią i Sycylię, która łatwa nie jest, acz fascynująca. :-)

      Usuń

Prześlij komentarz

Miło, że tu zaglądasz :-)

Popularne posty