Przedwielkanocne baby z jajami


     Nie, niech nikogo tytuł nie zmyli. Rzecz nie będzie o babach wielkanocnych, tych z kopy jaj, funtów masła i mąki. O jedzeniu będzie, ale dopiero na końcu - na przyjemności wszak trzeba zapracować. Za to będzie o babach, po prostu, czyli o nas i babskich przygotowaniach do Świąt Wielkiejnocy.
     A ściślej - o spotkaniu w zagrodzie edukacyjnej Ewy Mitowskiej w Seroczynie. Bowiem znów wróciłam tam, gdzie Wschodnie Mazowsze jest historycznym Podlasiem, na tereny przecinane kilkoma ważnymi szlakami historycznymi, od tych dużych, jak Szlak Książąt Mazowieckich, czy Wielki Gościniec Litewski, po biegnący właśnie tu, przez Seroczyn, Szlak Unitów Sokołowskich, ze swoimi zabytkowymi kościołami unickimi. 

     Nie pierwsze to takie spotkanie w Mitowskiej Zagrodzie, edukacyjnej agroturystyce, królestwie Ewy królowej słynnych sękaczy, o której już pisałam, choćby tu:  http://frytyrity.blogspot.com/2015/12/oberzystki-miosc-do-palonego-masa.html
Ewa, była nauczycielka, prócz prowadzenia gospodarstwa agroturystycznego, uprawiania czego się da, robienia przetworów i zdobywania nagród za osiągnięcia kulinarne, talent pedagogiczny przelała na prowadzone przez siebie warsztaty, już to z wycinanek z opłatka,  już to z serowarstwa, już to z dekoracji na każde święto.  Ale to było chyba pierwsze spotkanie nie dla turystów, nie dla dzieci z okolicznych szkół, lecz dla sąsiadek i koleżanek ze stolicy, czyli bab wszelkiej maści. Każda miała za zadanie przygotować sobie wielkanocne symbole: palemki, stroiki, no i pisanki, których Ewa jest mistrzynią. 

Baby stroją i plotą




Kiedy przyjechałam - oczywiście spóźniona, jakże by inaczej - na stole piętrzyły się kolorowe akcesoria, a kobiety zastałam przy pracy. Zestaw bab, tych prawdziwych, z krwi i kości był doborowy: Anna, przedstawicielka Mazowieckiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego z Siedlec, Jadwiga, dziennikarka lokalnej gazety, sąsiadki z Seroczyna: nieśmiała Marta, śmiała Dorota, szczęśliwa posiadaczka czterech małych synków, która wracając od krów mówi, że wróciła z fitnessu, Monika, która przyprowadziła swoją latorośl, Jagoda i Wiesia, dwie znane, doskonałe koronczarki oraz Ela, mistrzyni wypieków chlebowych i nie tylko. Krótko mówiąc: baby z jajami. 

Kobiety, pardon, baby, pod okiem Ewy oraz Anny, specjalistki z Ośrodka Doradztwa plotły, ale nie w sensie werbalnym - plotły świąteczne stroiki, wplatały w bukszpan i tuję wszystkie obowiązkowe symbole świąt wielkanocnych. I rozmawiały, ot, tak, zwyczajnie, niespiesznie, wręcz nieco sennie, jak dawniej kobiety przy wspólnych pracach gospodarskich, o wszystkim: dzieciach, mężach, wspólnych znajomych, chorobach w rodzinie.









    Pod kuchnią starego domu Turosów, dziadków Ewy Mitowskiej strzelał ogień. Kaflowe piece grzały suchym, niepowtarzalnym ciepłem. Nie wytrzymałam, jak zawsze, zaczęłam wypytywać  o dziadków, jednych, drugich... A Ewa opowiadała o tym, co chyba lubi wspominać najbardziej: o dobrej babci i gorszym dziadku, o drugim, dziadku, cudownym, kochanym, pełnym dawnej mądrości i, dla kontrastu, o zadzierzystej prababci, która ją przeganiała i straszyła, bo nie chciała w obejściu dwu letniej... grzesznicy o bezbożnym imieniu Ewa! 

    Leżący za oknami nocny śnieg przywołał babcine powiedzenie, że to Matka Boska trzepie pierzyny na święta. 
 I wtedy okazało się, że to wspomnienie oraz moje niewinne pytania, które jednak sama odczuwałam jako lekką impertynencję i obcesowe nieco wchodzenie w cudze życie, poruszyły wśród zebranych wokół stołu lawinę wspomnień. Lody pękły i stało się to, co lubię najbardziej: te równe babki zaczęły opowiadać o swoich babciach.
O tym, jak idąca na grzyby babcia zabierała ze sobą do lasu pięć różnych toreb, na grzyby, na jałowiec, na chmiel i na co tam jeszcze, co dało się wyrwać leśnym bóstwom. Przy okazji odżyło zapomniane przysłowie grzybiarskie, którego ja też nie znałam: "Latem pęp [rodzaj maślaka], to go nogą tęp, a zimą pępuszek, to go w garnuszek".  
O jagodach zbieranych do gliniaków, które potłukł podły rządca.
O wędrownym szmaciarzu, u którego stare ubrania babcie wymieniały na talerze, szklanki, a czasem kupowały kawowy ersatz, cykorię w pastylkach.
O świętach w ich domach: o gałązkach bazi, których musiało być siedem, o lemieszu pod wigilijnym stołem, o dziecięcym strachu przed zapustnikami w baranicach i biskupich czapkach, o snopkach-królach vel dziadach ustawianych w rogach chałupy, o opryskiwaniu obejścia święconą wodą. 
O tym, jak dawniej gręplowano w domach wełnę i jej ostrym przykrym zapachu, a potem jak ją prano z łoju w miękkiej wodzie, kolor utrwalano octem, a w końcu wieziono na targ do Brańska czy Zambrowa. 
Dorota brak babci odczuwa najbardziej. Brak jej historii z czasów po powstaniu styczniowym, o córce nauczyciela na koniu w stroju jeździeckim, o nauczycielce, która w 1908 pocałowała ją w czoło... Babci lepszej od mamy, do której można było iść na skargę, która pocieszała: Przeżyłam dwie wojny, to i ty to przeżyjesz,  i do której w maleńkości uciekała bodaj i po śniegu. Wreszcie na wspomnienie babci Cesi szydełkującej na schodkach domku, Dorocie popłynęły łzy.  

Baba z palmą

Po stroikach przyszła kolej na palemki. Trzeba zdążyć przed Niedzielą Palmową.
Palma bije, nie zabije. Za dni sześć, będziem jajka jeść! - tak powiadała babcia Doroty. 
A moja babcia mówiła Palma bije, nie zabije! Za sześć noc Wielkanoc! - rzuciła Ewa pokazując, jak się tnie krepinę w paski i robi kwiatki do palemek, takich prawdziwych, tutejszych, z pogranicza Mazowsza, Kurpi i Podlasia. Baby słuchały w skupieniu.





Po krótkim czasie każda miała swoją palemkę. Można będzie w lany poniedziałek nimi smagać po łydkach do woli. A potem zostaną zatknięte, na szczęście, za świętym obrazem. Tak każe tradycja.






Baby biorą się za jajka

Biorą się za jajka, owszem, zaraz po palemkach. Tak, a co? Przecież w końcu przyszła pora na pisanki! 
Że za frywolnie? Proszę się nie dziwić: przesilenie wiosenne, to najstarsze ze świąt, jakie zna ludzkość. Starsze od obrzędów słowiańskich, starsze od rzymskich, greckich, ba! nawet starsze od biblijnych, choć to ten obszar geograficzny. To ponowne narodziny słońca, a wraz z nim narodziny natury, życia. A trudno, by narodziny nie wiązały się z seksem, prawda? 
Jajka, jak jajka, nie wszędzie są aż tak ambiwalentne, jak w języku polskim, za to w palemkach, konkursach na najdłuższą, największą, nie trudno się dopatrzeć analogii do uniwersalnych pogańskich symboli fallicznych. 
A dawne malowanie krocoków, męskich atrybutów, na płotach starych panien i wdów, to co? Czysta zachęta do łączenia się w pary. A jakże bogate w erotyczną symbolikę polewanie wodą? Wszystko o tej porze ma sprzyjać narodzinom, płodności. Chociaż tak się składa, że pamiętamy o tym tylko wtedy, kiedy koty z dzikim wrzaskiem marcują się pod naszymi oknami. 

No więc przyszła w końcu pora na zagospodarowanie jajek. Strach był i niedowierzanie własnym umiejętnościom także, ale zaraz na stół wjechały kolorowe wydmuszki, świeczki-podgrzewacze, laski białego wosku, szpikulce na patyczkach i trzeba było wziąć się do roboty. Bodaj trzęsącą z emocji ręką. Wiadomo: ostrożnie, jak z jajem. A pustym szczególnie.







Babski comber

Ktoś mógłby zapytać: no, dobrze, ale wy tak cały dzień o suchym pysku? Tak, mógłby, ale to byłby ktoś, kto w ogóle nie zna Ewy Mitowskiej. 

Po pierwsze, w trakcie prac ręcznych, prócz tradycyjnej kawy czy herbaty, popijałyśmy, gotowaną na starej, babcinej kuchni, kawę żołędziową. To kawa szczególna, nagrodzona na naszym ostatnim Turnieju Smaków na zamku w Liwie, więc  krzywda nam się nie działa. To napój, w którym podobno gustował sam Fryderyk Chopin, też z Mazowsza, czyli ziomal. Nasz żołędziówka była też lekko, w sam raz, doprawiona cynamonem, kardamonem, nutą goździków. Jak znalazł na chłodny, marcowy dzień z rozpuszczającym się śniegiem. 



Po drugie, Ewa, to Ewa, czytaj: czym chata bogata. A tego dnia bogata była dopiero co zrobionym serem z Mitowskiej Zagrody, naturalnym, z czarnuszką i ze wspaniałą kozieradką.


Nie koniec na tym. Serom towarzyszył doskonały pasztet z królika, chleby własnego wypieku, pyszne masło z pobliskiego Kosowa Lackiego oraz szarlotka (prawie) bezglutenowa. 
Do przegryzania między palemką a jajkiem...


Czy na tym koniec? Oczywiście, że nie. Spotkanie zwieńczył gar z gołąbkami, który od jakiegoś czasu "mrugał", lub, jak kto woli, "pyrkotał" na kaflowej kuchni i przyciągał mój łakomy wzrok. Gołąbki były z włoskiej kapusty, bezmięsne, z cudownie, niemal na kleisto ugotowaną kaszą gryczaną i grubo krojonymi kawałkami pieczarek. Wszystko pławiło się w pysznym sosie pieczeniowym. Dlaczego tak długo o tym rozprawiam? Bo, słowo daję, w życiu nie jadłam tak dobrych gołąbków! A przecież w długawym już życiu łasucha jadłam niejedno, z niejednego pieca, z niejednej kuchni i na różnych szerokościach geograficznych. 



Pamiętam, jak bardzo zgadzałyśmy się z Hanną Szymanderską w jednej - choć nie tylko -  kwestii, a mianowicie, że nie kucharze, a gospodynie lubiące kuchnię gotują najlepiej, najsmaczniej. 
Okazało się, że Hanka doceniła też kiedyś i kucharzenie Ewy Mitowskiej, którą przy okazji konkursu kulinarnego skomplementowała wielce i uhonorowała nagrodą. Co do dziś pozostaje w naszej gospodyni żywym wspomnieniem.

Jedzenie sprzyjało kolejnej fali wspomnień, głównie z babcinej kuchni, bo jakże by inaczej. 
Wspominano niezapomniany smak tamtejszej baraniny, w zaprawie octowej, z cebulą i innych dań, codziennych i odświętnych. 
Kapusta, żeby nie była kwaśna, musi być kraśna, czyli z mięsem, skwarkami - powiadały babcie z tych stron. Zaczęłyśmy w końcu rozmawiać o przepisach, o tym, że prawdziwa gospodyni z tych tradycyjnych nie korzysta, bo i tak je zna. W końcu rozgorzała dyskusja nad tym, z czym wielkanocne jaja smakują najbardziej i stanęło na tym, że do jaj najlepszy jest majonez seroczyński. A co to takiego? Ok, będzie i przepis:

Majonez seroczyński do wielkanocnych jaj:

Weź prawdziwej, domowej śmietany i wymieszaj ją dokładnie z ulubioną musztardą. Możesz doprawić do smaku. Sosem polej jaja na twardo. 

Aż Wiesia upomniała, że dawniej przepisów nie wolno było nikomu udostępniać, bo wraz z przepisem szczęście i dobrobyt mogłyby opuścić domostwo. 

Po kilku godzinach pracy i żywej, babskiej pogawędki, w której padały ważne słowa, jak "tożsamość", "tradycja", wspominano książki, w tym kulinarne Hani Szymanderskiej, ale też i takie, w których bohaterką była babcia, okazało się, że tematów i wspomnień wciąż przybywa. Wniosek: trzeba, pod byle jakim pretekstem, znów się spotkać.

A tymczasem:                            
                                                                 GALERIA PRAC







no i, najważniejsze:
                                                       GALERIA BAB Z JAJAMI

Anna Matyszka z Mazowieckiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Siedlacach oraz sprawczyni zajścia, Ewa Mitowska

nasza ulubiona kawiarka, Marta Rokita
                                  

jedno z nielicznych zdjęć, na którym Dorota Piwko (w środku) się nie schowała
 
Jadwiga Ostromecka, Wieści Sokołowskie

Wiesława Kur, znakomita koronczarka
                     

Jagoda Marcjaniuk, koronczarka, jedna z laureatek Turnieju Smaków na zamku w Liwie

Elżbieta Pietrzykowska, spod jej rąk i z jej pieca wychodzi najlepsze pieczywo w okolicy
Ela i Jagoda 
                           
Monika Piwko (z lewej) pogrążona w pracy
                                   
jedyny rodzynek, synek Moniki z własnoręcznym stroikiem. 












Komentarze

  1. Jak zwykle smacznie i ciekawie...ale za mało!!!!!!!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no, dobrze już, dobrze, na stare lata, nieruchawa, może napiszę trylogię ;-)
      Twoja Małgosia-Krysia :*

      Usuń

Prześlij komentarz

Miło, że tu zaglądasz :-)

Popularne posty