Zaduszkowe upominki


     Mili Państwo, chyba przyznacie sami, że świąteczny czas - co sprowadza się w dużej mierze do gonitwy za zakupami spożywczymi, prezentami - można uznać za otwarty. Tak, bo oto... nie, raczej nie "przyszły", a "przysnuły się" (tak bardziej przystoi) święta Zmarłych.
 I znów emocji dostarczały nam tematy jak: Dziady kontra dynie, potępieni kontra zbawieni, Słowianie kontra reszta świata, a tu i ówdzie ogarniał ludność dreszcz podniecenia wywołany kolejną bitwą pod cmentarzem. Jednym słowem - święta pełne zadumy za nami.
Ale ja chciałbym jeszcze przez moment myślami przy nich pozostać, przerzucając pomost między tematyką funeralną, a kulinarną. Pomysł nie jest wcale taki karkołomny, o czym świadczy choćby zakład pogrzebowy w Palermo na Sycylii z akcentem kulinarnym, o wdzięcznej nazwie "Ostatnia Wieczerza".
Palermo, zakład pogrzebowy "Ostatnia wieczerza"...
     W sumie taki związek dziwić nie powinien, wszak każde świętowanie było i jest nierozerwalnie związane z jedzeniem, pośmiertne szczególnie. Bankiety funeralne oraz okolicznościowe pokarmy żałobne, jak przenoszący w ramiona Morfeusza mak, ziarna, suszony bób i w ogóle susz, w którym uśpione było życie, znane były wszystkim kulturom, nie tylko śródziemnomorskim, ale także i Słowianom, szczególnie wschodnim. Kto miał zabużańską babcię, ten wie.
     Zaś ja z dzieciństwa pamietam, jak Cyganie, którzy w tych dniach mają zwyczaj potężnego ucztowania na grobach bliskich,  częstowali mnie czekoladą, kiedy na cmentarzu na Bródnie przechodziłyśmy z babcią obok nich.
       Na Sycylii tradycje zaduszkowo-gastronomiczne też wciąż... żywe (sic!) i twardo stawiają opór nowym tradycjom zza oceanu.
    Oprocz chwil zadumy, odwiedzania cmentarzy, to Święto Zmarłych jest dniem pełnym radosnego podniecenia, bardzo wyczekiwanym przez dzieci, które wiedzą, iż przybędą z wizytą posażni w upominki dawno zmarli antenaci. Nie przyjdą jednak w dniu Wszystkich Świętych, bo to święto narzucone, jeden z inkwizycyjnych zabiegów mających na celu wyrugowanie pogańskich tradycji. Przodkowie odwiedzają dzieci właśnie teraz, kiedy to piszę, nocą z 1 na 2 listopada. Przybywają z zaświatów i zostawią prezenty - słodycze, zabawki. Wcześnie rano zacznie się szukanie tych skarbów. Czy to nie piękny zwyczaj takie podtrzymywanie relacji między dziećmi i ich często nigdy nie poznanymi przodkami?
     W ciągu ostatnich dni sklepy z zabawkami przeżywały oblężenie, to fakt, ale szalały też też cukiernie.  
     Zaduszne słodycze często zawierają odległe echo krępujących nieco elementów antropofagii. Krępujących, bo nikt z nas nie chce pamiętać, że przodkowie, nawet ci bardzo, bardzo odlegli, ale zawsze przodkowie, byli kanibalami. Taki Sycylijczyk, na przykład, który ceni sobie własne, głębokie tradycje, raczej nie drąży dyń, po ulicach nie biegają zakrwawione i poćwiartowane zwłoki (ktoś złośliwy mógłby rzec, że to w tamtych stronach powszedniość), za to na święta Zmarłych szykuje/kupuje i chrupie ochoczo bardzo twarde ciasteczka zwane ossa di morto, czyli kości nieboszczyka.

    Część biała ciasteczka to kość, a ciemniejsza jest wspomnieniem resztek ludzkiego ciała (mówiłam, że to krępujące!). I tak od wieków, sporo wyprzedziwszy w czasie jakiekolwiek Halloween.
     Sycylijskie wystawy cukierni o każdej porze roku wywołują mimowolny ślinotok i przyciągają wzrok  feerią barw niezwykłych, ale chyba nigdy nie kolorują świata żywym, jak na czas świąt Zmarłych. Wszędzie piętrzą się góry marcepanowych łakoci udających warzywa, owoce, a czasem też i owoce morza. To frutta martorana, zwana też pasta reale, królewskim ciastem, która w Zaduszki musi znależć się na każdym stole.

Wreszcie hit absolutny, nieco retro, ale wciąż cieszący, mimo rozpychających się łokciami zdobyczy cywilizacji, czyli pupi di zucchero, kukiełki z cukru - obowiązkowy upominek od przodków.




*****************************


A teraz niezmordowanym oraz tym, którzy chcą zastąpić antenatów w wypełnianiu miłych powinności, podaję przepis na:


Frutta martorana 

1 kg mielonych migdałów, 1 kg cukru pudru, szklanka wody, wanilia.

Najpierw z wody i cukru należy zrobić syrop, gotując na bardzo wolnym ogniu, aż zacznie ciągnąć się "do nitki". 
Teraz, do garnka wciąż na ogniu, wsypujemy mąkę migdałową i wanilię, poczym mieszamy długo, aż masa zacznie odstawać od naczynia. 
Wreszcie wykładamy wszystko na blat (w tamtych stronach marmurowy, ale może to być jakakolwiek chłodna, gładka powierzchnia). Kiedy masa wystygnie, ale wciąż będzie miękka, trzeba ją rękoma wyrobić, na lśniące, gładkie ciasto. 
I co dalej? Tu wyzwalamy naszą wenę artystyczną i formujemy z niej ręcznie lub przy pomocy foremek owoce, rośliny, warzywa, rybki, grzybki i na co tylko nam pozwolą zdolności plastyczne. Dla większej wiarygodności owocki malujemy farbkami spożywczywymi, matujemy cukrem, wyposażamy w ogonki i listki. 
Zbroimy się w cierpliwość i suszymy całą noc ułożone na metalowej/plastikowej kratce.

To jak, kto był grzeczny i rano obudził się obdarowany łakociami? Udało się poczuć Ich obecność, powiedzieć niedopowiedziane?






          

Komentarze

  1. Piękne te ozdoby cukrowe :)
    Na widok ciasta...mi cukroholiczce ślina leci na klawiaturę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudownie opowiedziane.Bardzo podoba mi się ta tradycja...Mogłam zresztą zobaczyć na własne oczy te cudowne -frutta martorana..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pamietasz? moglo byc wiecej czasu na poznawanie...

      Usuń

Publikowanie komentarza

Miło, że tu zaglądasz :-)

Popularne posty