Tylko dziesięć książek (czasem z wątkiem kulinarnym w tle)


Jak niemal wszyscy bywalcy Fecebooka zostałam i ja wywołana do tablicy przez przyjaciół rwących się do wiedzy o tym, jakież to dziesięć dzieł światowej literatury odcisnęło trwałe piętno na moim życiu. Tylko dziesięć. I choć to kolejny łańcuszek – a tych zwykle unikam, jak ognia –  tym razem się zastanowiłam. Sytuacja była sprzyjająca: czasu miałam w bród, przede mną były trzy godziny pchania wózka z małym Leo, a ruch na świeżym powietrzu, w dodatku przy tak słonecznej pogodzie u schyłku lata, jak wiadomo, powoduje doświetlenie oraz dotlenienie i ukrwienie mózgu, co w moim wieku nie jest bez znaczenia.
Tylko dziesięć książek… Mimo iż w założeniu zabawy szło o tzw. spontan, o to, by podzielić się ze znajomymi dziełami, które zwykle mamy na tak zwanym podorędziu, a w tym przypadku z tyłu głowy, to wybór okazał się być niezwykle trudny. Ostatecznie lektury, podobnie jak wszystko, co bliskie sercu, w życiowym rankingu nieustająco przesuwają się z pozycji na pozycję. No właśnie: bliskie sercu, które znów wygrało z rozumem. Tak więc Wielkie Dzieła, które i tak pozostają wielkimi i żaden ranking ich się nie ima, odrzuciłam niemal en bloc, by nie utworzyć kolejnej listy, która wydałaby się być uczniowską wzorową odpowiedzią na „Wymień w dowolnym szyku 10 największych dzieł literackich”.  Za to uruchomił się kalejdoskop ze  wspomnieniami, machina poszła w ruch i oto całkiem subiektywnie, rzec by się chciało po prezydencku „na hop siup”, zaczęły się niczym w teatrze cieni wyłaniać książki, które towarzyszą moim myślom na co dzień.

1. Baśnie braci Grimm, ale tylko wydanie z roku bodaj 1931, z kilkoma brakującymi kartkami. Na tej księdze, którą ledwie mogłam udźwignąć, wygrzebanej w mieszkaniu moich dziadków, jako czterolatka nauczyłam się czytać i czynność tę powtórzyłam tyle razy, że wszystkie opisane w niej historie z dreszczem znałam w końcu na pamięć. W wyniku intensywnego przeze mnie użycia, musiałyśmy z mamą ponieść książkę do praskiego introligatora, który płótno w kolorze butelkowej zieleni wymienił na kartonowy marmurek i płócienne, beżowe rogi. Tak, kochałam te zawadiackie, krwiste, soczyste, dreszczowce pełne trucizn, pożeranych dzieci i obcinanych paluszków, ale też przywołujące „krainy miodem i mlekiem płynące”, w których  – jak na szanujących się westernach – dobro musiało nieuniknienie zwyciężyć. Może właśnie po tych niemal ekstremalnych doznaniach już nigdy nie udało mi się pokochać „dobrze ułożonych”, ale jak bardzo mieszczańskich i wiejących lodem północy baśni Andersena.

2. Przygody Sinbada Żeglarza Leśmiana były moją pierwszą drogą do Damaszku. Nie rozumiałam jeszcze kim był Leśmian i ile będzie dla mnie znaczyła jego poezja. Kochałam te historyjki za „ostrą jazdę” i korzenny powiew orientu. Nie dostrzegałam jeszcze istoty Diabła Morskiego, naszej mrocznej strony. Wtedy też jeszcze nie wiedziałam, ile innych dróg otworzy przede mną mądrala Sindbad. I to nie tylko tych, prowadzących do Bagdadu, gdzie zaczynała się i kończyła każda kolejna przygoda. Wkrótce miałam odkryć, że Sindbad to jedna z postaci „Baśni z tysiąca i jednej nocy”, przepełnionych szumem jedwabiu, smakiem słodkości, atmosferą gęstą od wonnych olejków i erotycznego napięcia. Takie historie w historii modne były kiedyś na Bliskim Wschodzie, powstało ich wiele, aż dotarły do Europy, by mógł narodzić się „Decameron” Boccaccia, który, niczym latający dywan, poniósł mnie po raz pierwszy do średniowiecznych Włoch.


3. Biblia, kolejny zbiór opowieści i podań ludowych, dla jednych Pismo Święte, dla innych przedmiot badań i gigantyczne, choć chaotyczne źródło wiedzy o czasach archaicznych. Podobnie, jak inne mitologie od razu rusza z wątkiem kulinarnym. Z Biblii wyciągnęłam naukę, że mitologie mają wspólny mianownik, a człowiek jest istota niezwykle zręczna w tworzeniu mnogości interpretacji, nadinterpretacji i nadawaniu na własny użytek znaczeń słowom wypowiedzianym przez innych z zupełnie innym zamiarem. Poza wszystkim, również Biblia przenosiła mnie na odległy w czasie Bliski Wschód, napawała kolorem ochry, żarem piasku, lepkim smakiem miodu, daktyli, intrygującą manną, cierpkością granatu. Po takiej lekturze, po latach, produkowałam własne wino i oliwę, co uznałam za czynność całkiem naturalną. Wdzięczna będę dozgonnie temu, kto przypadkowo między inne teksty włożył „Pieśń nad Pieśniami”, najprawdopodobniej utwór weselny, albowiem wskazał mi tym samym, jak należy mówić o miłości. 

4. Teksty Jeremiego Przybory, które – uroczyście przysięgam – kochać będę po wsze czasy. Za wszystko. Za kulturę, za delikatność, za dowcip, za językowe majstersztyki typu „drżący dwukwiat naszych ciał” i ogólnie za – jak mawiała Szymborska – poezję „bez szwów”. A także za wspomnienie… sałatki jarzynowej, którą wraz z płatkami polędwicy czy też pieczonego schabu stawiała przede mną-niejadkiem mama, kiedy to w sobotnie popołudnia, a może i wieczory siadałyśmy obie przed telewizorem w oczekiwaniu na Kabaret Starszych Panów.

5. Pan Tadeusz, bo jest jak odnaleziony na strychu pamiętnik, jak przeglądanie cudem zachowanego rodzinnego albumu. Jakże posiadanie takiego łącznika z przeszłością staje się istotne, wręcz fundamentalne, kiedy z jakiego bądź powodu znajdujemy się na emigracji. Nawet tej wygodnej i dostatniej. Kto tego nie przeżył, ten nie może wiedzieć jaką to autentyczną radość, graniczącą ze wzruszeniem można sprawić znajomym, szczególnie z dawnej emigracji, lub wręcz urodzonym kiedyś za granicą, serwując na przyjęciu Menu à la Pan Tadeusz. Do dziś pamiętam, jak – ku mojej uciesze – wyrywano sobie z rąk sos myśliwski jałowcowy do mięs i jakim przez lata był hitem w moim toskańskim domu w czasie takich przyjęć.

6. Dwór Wiejski Karoliny Nakwaskiej. Tych trzech tomików nigdy nie wypuszczam z rąk, wciąż leżą obok mnie, niczym w opozycji do poprzedniego, pięknego albumu – album mniej pięknych obrazków z polskiej wsi z połowy XIX wieku. Sama Nakwaska porywającą nie była, lecz świat wiejskich dworków przez nią opisany – to dopiero jest ubaw! Nie ma tam – a przecież jest to dokładny opis świata jej współczesnego – ducha romantyzmu, żadnych powiewających tiulowych firanek, ani gości zebranych wokół fortepianu, by żarliwie odśpiewać pieśni patriotyczne. Jest w zamian koszmarne zaniedbanie, zacofanie, nigdy nie prane suknie, rozpite chłopstwo na służbie leżące w poprzek wejścia, półmiski dla gości czarne od palców kucharek, wszy w kuchni, gdzie spały służące, dziewki ścigane po stodołach przez pana i synów… Jednym słowem wsi spokojna, wsi wesoła.  Do Nakwaskiej dołączyć muszę WSZYSTKIE dawne książki kucharskie, które, jak już wielokrotnie wspominałam, fascynowaly mnie od zawsze i fascynują po dzień dzisiejszy, aż ich badanie i tłumaczenie stało się jednym z moich zajęć. Zaś fraza: „po przyjęciu srebra odebrać i przeliczyć” jest jednym z naszych domowych haseł. 

7. Rodzinna Europa Miłosza, która jawi mi się zawsze na fali wspomnień o życiu poza granicami kraju. Miłosz uświadomił mi czym jest Mitteleuropa i od pierwszej strony, bodaj urzekającym opisem skrzypiącej, drewnianej podłogi, pozwolił uzmysłowić i oswoić poczucie obcości, jakie dopada nas na obczyźnie.

8. Wiech w całości, bo porywał mnie rykszą w zakątki Warszawy, wrzucał w sytuacje ze światka i półświatka oraz bawił feerią pociesznych, gwarowych zawijasów lingwistycznych. Był to, jako żywo, po części świat mojego dzieciństwa na warszawskiej Pradze, świat wciąż przedwojennych obyczajów, sąsiedzkich pogaduszek w jednej z piękniejszych kamienic dzielnicy, sklepików, w których wciąż unosiła się aura "Sklepów cynamonowych", kramików i bazaru Różyckiego z wszelkim jego dobrem. U Wiecha rojno było od dawnych i nie istniejących już warszawskich restauracji oraz knajpek z tradycyjnym wyszynkiem, jak tytułowa Cafe’ pod Minogą. W mojej rodzinie dobra kuchnia, warszawska, rzecz oczywista,  była ważnym elementem życia rodzinnego, a ja mam szczęście ją pamiętać. Prócz kuchni domowej, w której królowała moja babcia, czuję jeszcze smaki szykownej kuchni Grand Hotelu, Bristolu, jak również pamiętam niektóre przybytki na Pradze, wypisz wymaluj wyjęte z Wiecha, a odwiedzane czasem przez mojego wracającego z wędkowania w porcie dziadka. Ach, gdzież ten dawnych knajpek czar? Było, minęło, za to zgodnie z nowomodą pustkę po warszawskich smakach wypełniają debaty i konferencje poświęcone kuchni warszawskiej, na których nie pojawia się żaden prelegent, który by tamte smaki i klimaty pamiętał.

9. Poezja Cielo d’Alcamo i jemu podobnych, wywodzących się w XIII wieku ze Szkoły Sycylijskiej. Na dworze Fryderyka II Hochenstaufena artystów było wielu, choć poezja trubadura Cielo wybrzmiała w historii literatury najpiękniej. Zadaniem artystów i intelektualistów Szkoły Sycylijskiej było tworzyć dzieła świeckie, by oprzeć się postępującej hegemonii Rzymu. Mimo, iż historia jednak, jak wiemy, zatoczyła inne koło, to artyści z sycylijskiego dworu zdążyli  przyczynić się zasadniczo do narodzin języka sykulo-toskańskiego, a de facto późniejszego języka włoskiego, położyli podwaliny pod Dolce Stil Novo, a stamtąd już był jeden krok do „Boskiej Komedii” Dantego i „Sonetów” Petrarki.  By zakończyć ten poważny wątek historyczny, wprowadzam wątek kulinarny i do tego bardzo współczesny: o Cielo pochodzącym z położonego między Palermo a Trapani miasteczka Alcamo myślę zawsze, kiedy w oszronionym kieliszku połyskuje i złoci mi  się bianco d’Alcamo, wytłoczone z winorośli porastających tamtejsze, spływające ku morzu zbocza wzgórz.


10. Un sultano a Palermo, historyczna powieść o schyłku kultury arabskiej na południu Europy, jedna tych, w których Tariq Ali wyraża całą tęsknotę za utraconym rajem na ziemi u brzegów Morza Śródziemnego. Dziś wiem, że ta tęsknota, niczym dźwięki muzyki andaluz, jak basso continuo wciąż gra i w mojej duszy.



W tym miejscu, zgodnie z założeniami facebookowej  zabawy, moja pamięć miała się zatrzymać, bo dziesięć książek już sobie ustaliłam (no, może coś więcej przemyciłam, ale złóżmy to na karb wrodzonej krnąbrności tudzież przewrotności kobiecej). Jednak zabawa, niczym nakręcona pozytywka, grała we mnie dalej, a tytuły i treści wciąż wyskakiwały niczym króliki z kapelusza. W końcu ogarnęła mnie chęć ogromna poszperania w piwnicy, w starych kartonach, w których moje książki z dzieciństwa czekają na lepsze czasy. Bo ja moje książki, te ukochane, zachowałam, niemal wszystkie, ot, tak z sentymentu. Do przeszłości, do moich książkowych towarzyszy dzieciństwa, a trochę z myślą o przyszłości, o tych, na których te książki miały czekać. I chyba się doczekały – w końcu nie na darmo mały Leo już trzecią godzinę uśmiechał się do mnie z wózka.





Komentarze

  1. cudownie :) najwięcej całusów dla Leo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, kochana ;-) polecenie wykonam z radością i wielokrotnie!

      Usuń

Publikowanie komentarza

Miło, że tu zaglądasz :-)

Popularne posty