Mule, cozze scoppiate, czyli żadnych skojarzeń!


Tak, to frutti di mare, ale nie szukam każdej, błahej okazji, by mówić o afrodyzjakach. Jednakowoż burze i ulewy w magicznym czasie Sobótkowych nocy skłaniają do myślenia o Bogach, którzy nie zawsze, hmmm... bywali wzorcem skromności. (Celowo nie piszę "o dawnych Bogach", bowiem czas jest pojęciem względnym, a i o wierze dyskutować tu nie będziemy, szczególnie przy jedzeniu. A tak zupełnie na marginesie, to i tak przedkładam bóstwa pierwotne nad wtórnymi).
Zaś jedzenie z Bogami łączy... wszystko? No, przynajmniej - prawie. Na początku było pieczywo, więc weźmy taką bagietkę, że o rurce z kremem nie wspomnę. I czymże ona jest innym, jak nie reliktem dawnych symboli fallicznych składanych bogini Cerere w podzięce za zbiory i z prośbą o urodzaj? Albo owoce? Granaty, figi, brzoskwinie, winogrona - wszystko się kiedyś  i Bogom, i smiertelnym kojarzyło. Nie mówiąc o rybach i owocach morza*. No tak, miało nie być o afrodyzjakach, a wyszło, jak zwykle. 
A co to ja miałam takiego... Acha! Burze, pioruny, jedzenie...  
Zanim człowiek północy uwierzył, że Gromowładny pod koniec czerwca śle pioruny, by ludziom grzybobranie ułatwić**, to wiele wieków wcześniej człowiek południa sądził, iż piękna, księżycowa perła, to piorun zaklęty w muszli. Ja już nie chcę tu znów o tym, czym była muszla (głównie porcelanka i św. Jakuba) dla starożytnych i nie tylko, i z czym im się kojarzyła, bo i tak wiadomo, że z jednym. Od prehistorii, kiedy muszla byla jednym z najcenniejszych, życiodajnych amuletów, przez narodziny Wenus wprost z piany, (morskiej dla złagodzenia efektu i ułatwienia w przyszlości zadania Janowi Parandowskiemu, który to musiał eksplikować mitologię pannom z dobrych domów) i z jakże pobudzjącej wyobraźnię muszli wlaśnie. Przez jednego z perskich poetów, który w XVI wieku pisał w erotyku o "muszli srebrzystej z perłą pożądania", po dziś, kiedy Włosi okreslają tenże przedmiot pożądania słowem "cozza", czyli mula.



Bo ja właśnie o mulach, omułkami zwanymi, chciałam słow kilka, ale broń Boże nie erotycznie, a kulinarnie. Mieczaki wszak mają same plusy: są prawdziwym przysmakiem, czystym źródłem wielu minarałów, można je już od jakiegoś czasu kupić w dużych marketach, i prócz wywoływania skojarzeń, mają gigantyczną zaletę: robią się same w 5 minut! Dosłownie.

Cozze scoppiate, pęknięte mule - tak się to danie nazywa we Włoszech, bowiem wystarczy jedynie, by omułki pękły, otworzyły się.

Szykuję: 1. drobno pokrojony czosnek, 2. siekana zieloną pietruszkę, 3. szczypte peperoncino (chilli), bowiem zdrowsze od pieprzu, 4. oliwę - wszystko w ilościach dowolnych, wedle gustu i natchnienia. Mile widziany kieliszek białego wina. Albo dwa.
Nie dodaję: 1. wody, bowiem mule mają jej dość i wypuszczą własny, pyszny, esencjonalny sos. 2. soli, bo są z siebie wystarczająco słone, 3. cebuli, bowiem niepotrzebnie zakwasza smak morza, 4. niczego innego. Bo nie potrzeba. Lubię czyste, wyraźne smaki.

Kiedy wyjmuję mule z opakowania, najpierw je wącham. I radzę każdemu zrobić to samo: niechaj zmysł węchu będzie naszym alarmem. Jeśli tylko unosi się bodaj lekki zapach amoniaku (dotyczy to wszystkich ryb!), niestety trzeba się z nimi pożegnać, bo to zawsze lepiej, niż pożegnać się ze światem. Mule płuczę dokładnie z ewentualnego piasku i wodorostów, po czym wrzucam je do dużego garnka i stawiam na ogniu, a garnek zakrywam szczelnie pokrywką. Naczynie musi być spore, bo mięczaki w otwierających się pod wpływem gorąca muszlach mają mieć luz. Czekam, ale nie dlugo, bo jak obiecywalam, mule za 5 minut będą gotowe. Po 2 minutach circa zaglądam do garnka, by nacieszyć oko otwierającymi się mulami. Dodaję też resztę składników. Potrząsam garnkiem raz i drugi i zostawiam jeszcze na ogniu krótko, najwyżej ze 3-4 minuty - wtedy mule są mięsiste i soczyste. Za to już chwilę potem zrobią się małe i suche, jak wszystkie przegotowane owoce morza. Omułki można jeść, jak tylko wyjrzą z muszli. Zawsze kilka złośliwych otworzyć się nie chce i nie nalezy się z nimi zmagać. Niech odpoczywają w spokoju.
Kuszące formą mule najlepsze są w wersji dla glutenoodpornych, z opiekaną falliczną bagietką.


Teraz mozna się nimi opychać do zasapania. 
Co? ktoś nie dal rady? Zostały czarne muszle z mięskiem i sosem własnym? No problem. To znaczy, że następnym daniem będą np. spaghetti ugotowane bardzo al dente i podgrzane w sosie z mięczaków, z ew. dodatkiem krojonego pomidora. 


Ofiary glutenu mogą w sosie z muli ugotowac ryż. Tu trzeba dodac trochę wody, a mule można wyjąć z muszelek. Będzie łatwiej. Taki sos lubi być wzbogacony pokrojoną cukinią. Dziś, dla odmiany,  zamiast ryżu użylam komosy ryżowej. Z wielkim sukcesem. Smacznego!



*********************
*To tylko pretekst, wstęp do kolejnego postu-reminscencji po II Rejsie z Nalewkami opowiadającego o mazurskich smakołykach.
**O grzybobraniach anegdot kilka - niebawem.











Komentarze

Popularne posty