Sardynki po sycylijsku. Historia kulinarna ze zbrodnią w tle


Pod oknem rozległy się krzyki obwoźnego sprzedawcy.
– Syn piekarza już był – pomyślała szybko Nina, obrzucając spojrzeniem leżące na stole, pachnące sezamem długie bułki i krągłe a puste w środku muffoletti.. W wąskiej uliczce ledwie przed chwilą ucichł też stukot kopyt osiołka ciągnącego wózek pełen warzyw i owoców, których jednak nie kupiła, bo po co? Przecież mąż o świcie zebrał przejrzewające o tej porze roku karczochy i ostanie już kardy. Z ich działki, położonej na końcu miasteczka, tuż za tymi nowymi blokami, co to je zaczęli budować tam, gdzie były dawniej książęce ogrody, przywiózł też spory pęk słodkiej, podłużnej, czerwonawej cebuli, kilka głowiastych fenkułów, fioletowy kalafior. Jest z czego gotować.
– Pisci, pisci friscu! Accatati u’ pisci beddissimu! – wykrzykiwal Turiddu, obwieszczając całej ulicy, że znów nałowił ryb, najlepszych na świecie, i że chce je prędko sprzedać. Nina doszła okna i spojrzała z zastanowieniem. – A może kupię? – pomyślała – w końcu od przedwczoraj mam jednego stołownika więcej. Potrząsnęła głową niewiadomo czy bardziej z niechęcią, czy raczej z niepokojem.
Otworzyła okno, kazała sobie podać kilo srebrnych, świeżutkich, pachnących morską wodą sardynek. – Żeby mi równe i gładkie były! Sarde a beccafico zrobię, bo dawnośmy nie jedli.


Wzięła zwój papieru z rybami, zapłaciła, pozdrawiając przy okazji sąsiadkę Liuccię, która, od kiedy Nina tu zamieszkała, była dla niej jak matka. Liuccia, w szydełkowej mantylce z różowej wełny na ramionach, postawiła przed swoimi drzwiami nieduży, poczerniały od dymu ruszt. Węgle właśnie zaczynały przyjemnie dymić. Obok, na krzesełku stał talerz z obranymi i naoliwionymi karczochami. – Jak upiekę, to przyniosę kilka – uśmiechnęła się Liuccia. – Nie, nie, dziękuję, nie trzeba, mąż też dziś przywiózł z pola i właściwie to obiad mam gotowy – odparła Nina i  dość pośpiesznie zamknęła okno.
Tak, dzień był ładny, wiosenny. Powietrze wypełniał nadciągający od pól zapach zagary, kwiatów cytryn i pomarańczy, który mieszał się z powiewem wiatru od morza, niosącym ze sobą słodki zapach alg.
Za to Ninę wypełniał niepokój. Ten niezapowiedziany gość, brudny, nieogolony, wygłodniały... Przyprowadzili go nocą, pewnie żeby nikt go nie widział… Ciekawe, za co go ścigają? A do tego gbur taki… I patrzy tak jakoś mrocznie… brrr… Po plecach Niny przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Już mówiła mężowi, prosiła, żeby jej nie zostawiał samej z tym człowiekiem, ale ten tylko nakazał milczeć i zachowywać się tak, żeby nikt z sąsiadów się nie zorientował, że u ktoś nich jest. O, tak, domyślała się, co to ziółko, pewno jeden z kompanów tego Ezia, co to chodzi z obrzynkiem i pilnuje na wsi „porządku”. Pilnuje, żeby wszystko pozostało jak dawniej. Z bożą pomocą.
Żwawo wzięła się do sprawiania sardynek i tylko czasem dobiegający z góry szmer przypomniał jej, że intruz wciąż tam jest. Naszykowała kilka cytryn, liście laurowe, trochę cukru, sól, pieprz. Przysunęła butelkę z oliwą z oliwek, które własnoręcznie zbierała jesienią. Z półki zdjęła słój, w którym widać było koryntki, ciemne, drobne rodzynki wymieszane z orzeszkami pinii. I drugi słój, ten z bułką tartą, uprażoną na rumiano na suchej patelni, żeby była chrupiąca, smaczniejsza i wciągała mniej wilgoci. Czego tu może jeszcze brakować?... A! Zielona pietruszka. Nina długim nożem szybko posiekała garść łodyżek.
Sprawdziła ogień pod kuchnią, dorzuciła kawałek drewna - niech się duchówka nagrzewa zawczasu.
Gotowanie Ninę uspokajało. Nożem odcinała rybkom łebki, potem nacinała brzuszki, patroszyła i każdą, małą sardynkę otwierała jak książkę. Wyciągała kręgosłup i jeszcze lekko rozpłaszczała, by wyglądały, jak liść.


Teraz odmierzyła około 10 łyżek bułki tartej, którą w glinianej misce wymieszała z pietruszką i paroma łyżkami rodzynek i pinoli. Wlała trochę oliwy, wcisnęła sok z cytryny, doprawiła solą i pieprzem. Farsz był gotów.
Wprawnymi ruchami młodej, acz zaprawionej w kuchennych bojach gospodyni, nakładała farsz na rozłożone rybki. Zręcznie zwijała ruloniki i układała na naoliwionej blasze. Nim włożyła do pieca, roladki z ryb poprzekładała dla zapachu liśćmi laurowymi, połówkami plasterków cytryny. Na końcu wymieszała w filiżance sok z cytryny z cukrem – pomarańczy nie miała, szkoda, bo byłby jeszcze lepszy – i polała tym sardynki. I jeszcze odrobina oliwy po wierzchu – niech się lekko zrumieni.
Wsunęła blachę do pieca. Z góry co jakiś czas dochodziły szmery i wtedy w  kobiecie zamierało serce. Ale nic to, przecież zaraz miał nadejść mąż, żeby razem zjedli obiad.
Małym, delikatnym rybkom nie trzeba było wiele, może ze dwadzieścia minut, więc ledwie nakryła do stołu, nalała wody do dzbanka i pokroiła chleb, zebrała okruszki i osypujący się sezam, a już przyrumieniły się ładnie. Z dumą postawiła blachę na kuchni i wciągała piękny zapach upieczonej świeżej ryby, skórki i soku z cytryny, liścia laurowego, oliwy. Aromat rozchodził się po całym domu. Dotarł na piętro.


Nina odwróciła się gwałtownie. Za nią stał intruz. Nie zdołała mu się wymknąć, kiedy rzucił ją na nakryty stół. Próbował zedrzeć z niej sukienkę, rozpiąć spodnie, ale Nina zaczęła kopać i strasznie krzyczeć. Chciał jakoś zasłonić jej usta, ale ona gryzła i krzyczała coraz przeraźliwiej. Do tego ten hałas tłuczonych talerzy, szklanek, dzbanka… Cicho! Cicho! Jeszcze usłyszy ta baba z sąsiedztwa, co karczochy piecze. Wszystko się wyda, znajdą go i zaciągną do Palermo, do celi w Ucciardone… Wszystko dlatego, że ta dziwka tak wrzeszczy!
Obcy złapał za nóż, którym jeszcze niedawno Nina czyściła ryby, siekała pietruszkę, kroiła cytrynę w plasterki… Po kilku silnych ciosach ucichła, a jej martwe ciało osunęło się na kamienną podłogę.
Wąską uliczką, szybkim krokiem głodnego człowieka, zmierzał do domu mąż Niny.
............................
Pod osłoną nocy, do domu, w którym wciąż jeszcze unosił się słodkawy zapach sardynek a beccafico, weszło dwóch mężczyzn. Ale wyszło trzech i tak szybko, jak bezszelestnie, zniknęli w labiryncie wąskich, ciemnych uliczek. Wkrótce potem karetka wywiozła ciało Niny, a karabinierzy wyprowadzili w kajdankach jej męża. Uliczka była ciasna, wąziutkie kamieniczki przylepione jedna do drugiej, ale żadna okiennica nie drgnęła, nikt niczego nie widział i nie słyszał.
..........................................

Mąż Niny nie siedział długo. W końcu skoro wszyscy świadkowie potwierdzili zgodnie, że żona zdradzała go na prawo i lewo, to miał prawo wymierzyć jej karę. W afekcie, to zrozumiałe. Wynajęty przez tajemniczych darczyńców adwokat nie napotkał na opór sądu udowadniając, iż było to przewidziane kodeksem delitto d’onore, zbrodnia w obronie honoru, męskiego wyłącznie. Żeby wszystko zostało jak dawniej. Z bożą pomocą.
Mąż Niny wychodząc z więzienia nawet nie przypuszczał, że czeka go aż taka feta! Pół miasteczka wyległo na ulice, witano go jak bohatera, ba, nawet podarowali mu złoty zegarek!
– To co, compare, okazałeś się człowiekiem honoru, trzeba to jakoś uczcić. - Amuninni! Do tawerny, do Don Ciccia, co? Jasne! Po parunastu miesiącach więzienia każdy by coś dobrego zjadł, napił się wina, comu u' cristianu, jak człowiek. - Kelner, sarde! Makaron z sardynkami i sarde a beccafico, byle dużo!



*Opisana historia rozegrała się naprawdę, trzy kamienice dalej od tej, w której kiedyś mieszkałam.

**Powszechnie uważa się, że nazwa dania – sarde a beccafico pochodzi od małego ptaszka, gajówki, po włosku beccafico, którego podskubywanie świeżych fig jest ulubionym zajęciem. Na stołach arystokracji często serwowano gajówki faszerowane własnymi, doprawionymi dróbkami, więc sądzono, że jest to forma naśladownictwa „pańskiej” kuchni przez biedotę. Jednak nie. Słynny antropolog, prof. Antonino Buttitta utrzymuje, iż źródłem nazwy beccafico jest bread fish, bowiem w ten sposób żeglarze z północy określali liczne, tanie i powszechne sardynki. I tej wersji z pobudek honorowych będziemy się trzymać ;-) 




Komentarze

Popularne posty