Przetwory-potwory

     Tak, potwory! Bo niczym wampiry wyssały ze mnie wszystkie siły fizyczne i doprowadziły kręgosłup do ruiny.
     Ta pełna aromatów, barw, romantyzmu i nostalgii pora przetworów (pora na potwora!) po prostu mnie wykończyła.
     Uwielbiam kupować od rolników co popadnie, więc z pieśnią masową na ustach ruszyłam no Nowego Dworu w dzień targowy, gdzie radośnie nabyłam, między innymi: ogórki, patisony, pomidory, cukinie, paprykę, cebulę, kabaczki, dynię... Cudownie! Tylko... po co aż w takich ilościach?!
    Teraz stoi przede mną kilkadziesiąt słoi z ogórkami w occie, jedne z czosnkiem i chili, inne z curry. Tuż za nimi kilkanaście słoi z malutkimi patisonami w lekkim occie estragonowym, które za szkłem wyglądają dość niepokojąco. A potem, to już po horyzont, słoiczki z sosem pomidorowym a' la ketchup, z oregano, kolendrą, chili. Reszta warzyw jest na liście oczekujących w spiżarni.
     A ja się gapię na to całe dobro i - wobec braku prognoz związanych z wybuchem wojny - zastanawiam się, kto to zje? Domowe potwory?
     Może kot Borys, który chcąc być pomocnym, wyrywał mi spod rąk krągłe pomidorki, zrzucał je ze stołu i turlał po całym tarasie, a teraz odsypia? W końcu nic dziwnego, skoro przyjechał tu aż z Sycylii, to i pomidor mu bliski, i sjesta.


     A może kot Olek, który zasadził się na stole i nie dał dokończyć dekoracji słoików? (Olek jest miejscowy, ale ostatnio dostał nazwisko: Tolibowski. A to z tego względu, że kiedy już przyniósł mi w prezencie wszystkie ryby z oczka od sąsiadów, droga od okna do mojego łóżka bywa usłana ociekającymi wodą liścmi nenufarów).



     Przetwory-potwory... Nie dość, że nie zostaną zjedzone, to jeszcze nie ma kto ich znieść do piwnicy, bo moja ukraińska odsiecz nadciągnie dopiero za tydzień. Uffff.....
     Ten nieszczęsny syndrom żywicielki, jeden z antropologicznych wymiarów pożywienia. Taka już nasza potrzeba i taki nasz los. Los kobiet z przeszłością - wojna to, czy pokój, musimy karmić, robić zapasy. Z głęboko ukrytej troski o najbliższych. Żeby byli bezpieczni, żeby nikomu nie zabrakło.
     Acha! A przecież jeszcze są słoiki z jabłkami. No bo bym zapomniała, że wszystko, te piekielne dni, zaczęły się od jabłek, niczyich, rosnących sobie niewinnie przy polnej drodze za wsią, gdzie dojrzewały w powolnym,  wrześniowym słońcu. Ale o tym czytajcie w kolejnym odcinku :-)

Komentarze

Popularne posty