Jak mus, to mus!

        W Wilimach, między wsią, a jeziorem Dadaj rośnie sobie spokojnie bardzo stara jabłoń - najczęściej spotykane na polskiej wsi drzewo owocowe.

      Jabłonie hodowano w Polsce od XII wieku, szczepiąc je z leśnych dziczek. Jak donosił Jan Długosz, pierwsze sady jabłoniowe założyli wokół swych klasztorów sprowadzeni z Niemiec Cystersi. Już w tradycji starosłowiańskiej, w ślad za kulturą antyczną, owoc ten był symbolem młodości, urody, zdrowia, siły, dobrobytu, powodzenia, no i tego, co ludziom zawsze było szczególnie miłe – życia erotycznego.
                                            
 Koło mego ogródeczka
Zakwitała jabłoneczka,
bielusieńko zakwitała,
czerwone jabłuszka miała.
Kto te jabłka będzie zrywał,
kiedy Jaśko się pogniewał?
 – śpiewała jakże zalotnie i dwuznacznie Kasieńka.
W myśl tej symboliki, jabłka były atrybutem zalotów i nieodzownym rekwizytem ceremonii weselnej. W czasie wigilii, zastępy Jasieńków obdarowywały nimi Kasie na znak sympatii. Ale kiedy jabłko to było zerwane z zawieszonego u pułapu podłaźnika, to sprawa miała się o wiele poważniej: Jaś chciał się żenić. Jak mus, to mus! Wysyłał swatów do domu wybranki serca, też z jabłkami, a jeśli ci przyjęli owoce sprawę można było uznać za załatwioną. Niebawem zdobiono jabłkami weselne kołacze i korowaje, a także rózgę weselną, zwaną na Kujawach nomen omen „jabłonką”. Owoce zdejmowano z rózgi w czasie weselnego obiadu i rzucano pannie młodej „na podołek”, by lekko rodziła kolejne liczne i zdrowe Kasie i Jasiów. W końcu, przed wprowadzeniem młodej do łożnicy, swaszki niosące wianek, gałązkę mirtu i jabłko, kroiły w progu owoc i zjadały po kawałku, by wywołać u płodność młodej pary. Która to płodność, nawiasem mówiąc, nie dawała owoców po nocy poślubnej, gdyż Jaś był wtedy kompletnie pijany.
Zresztą, czego też to jabłko nie miało dokonać! Jako owoc drzewa mądrości posiadało ono moc i wiedzę magiczną. Wróżyły sobie za jego pomocą panny w czasie wigilijnym rzucając za siebie zdjętą z niego łupinę. A nuż ułoży się w na kształt pierwszej litery imienia przyszłego oblubieńca? Tego samego wieczoru, na Śląsku i w Małopolsce, gospodarz brał majestatycznie do ręki jabłko i kroił je na tyle części, ilu było biesiadników. Każdy brał swój kawałek, ale biada temu, komu dostały się pestki! W nadchodzącym roku mógł pechowiec spodziewać się wielu kłopotów, a nawet śmierci. Można tylko się domyślać, w jakim nastroju spędzał nieszczęsny resztę świąt.
W dzień świętego Błażeja, który przypada 3 lutego, całe rodziny ruszały do kościoła, by poświęcić zdjęte po Bożym Narodzeniu z podłaźnika jabłka, w intencji cierpiących na rozmaite schorzenia gardła, jak wrzód, chrypa, duszności, obrzęki gruczołów szyjnych. Pokropione święconą wodą owoce służyły później w domowych zabiegach magii leczniczej, szczególnie w – nazwijmy to górnolotnie – pediatrii. Podawano je do zjedzenia dzieciom, by ustrzec właśnie od różnych chorób dróg oddechowych i zębów, zaś okadzanie maluchów łupinami z poświęconych jabłek, miało ich strzec przed dyfterytem. Zjedzone natomiast przez panny, miały im zapewnić urodę. 
        Co w takiej sytuacji robi kobieta, nawet ta niewydająca się za mąż, o zdrowym gardle, bez małych dzieci i już nie licząca na urodę, ale za to taka, w której wciąż buzują atawistyczne odruchy, a ona znajduje się właśnie pod starą wilimską jabłonią, uginającą się od owoców? Poddaje się naturze - jak mus, to mus. I zbiera. I to nie kilogram, czy dwa, ale cały kosz. A co, kto się z tym nie upora, ja?!
Jabłka były jeszcze nie całkiem dojrzałe, cierpkie, kwaskowe, nadawały się na szarlotkę. I na... mus, rzecz jasna. Przygotowałam słoiki. 
Dawniej na Warmii i Mazurach mus jabłkowy, który był deserem po świątecznym obiedzie, robiono tak:

Mus jabłkowy (Apfelmus)

1 kg świeżych jabłek,
ok. pół szklanki wody,
skórka z jednej cytryny,
10–15 dag cukru.
Umyte i pozbawione środków jabłka pokroić na 4–6 części i gotować do miękkości ze skórką cytrynową podlewając wodą. Przefasować przez perlonowe sito, dodać cukier i rozgotować na jasne purée. Podawać z naleśnikami, albo w pucharkach z migdałami, orzeszkami, galaretką, itp.*

     Ja jednak mój mus zrobiłam bez przepisu, jak mi serce dyktowało:


Mój mus z jabłek

Jabłka,
cukier, goździki, cynamon - wedle uznania

Jabłka wydrążyłam i pokroiłam (ze skórką!) w drobne cząstki, podlałam filiżanką wody (byle się nie przypaliły) i zaczęłam dusić, często mieszając. Dodałam goździki i cynamon, i to sporo, bo uwielbiam. Dosypałam cukier, ale niedużo, bo jabłka rozgotowując się, wcale nie były kwaśne. Spróbowałam - było ok. Dusiłam jeszcze krótko, by odparować trochę zbędnego płynu, po czym zdjęłam z ognia i zmiksowałam wszystko blenderem. Gorącym musem napełniałam słoiki.

      W trakcie duszenia zauważyłam, że te jabłka (landsberska?) musiały zawierać wyjątkowo dużą ilość pektyny, bo mocno gęstniały już na brzegach rondla. A może by tak ten mus...
Ale o tym będzie w następnym odcinku :-)

*Przepis pochodzi z książki "Niezapomniana kuchnia Warmii i Mazur", autor Małgorzata Jankowska Buttitta. Prawa autorskie zastrzeżone.

Komentarze

Popularne posty