Szacun, czyli frontem do klienta - Kazimierz Dolny.


„Rozpatrując rozkosze stołu pod wszelkimi względami, wcześnie zdołałem zauważyć, że jest to materia godna nie tylko książek kucharskich i że wiele można powiedzieć o funkcjach zasadniczych, stałych i bezpośredni wpływ mających na nasze zdrowie, szczęście, a nawet interesy” – pisał Anthelme Brillat-Savarin, wielki smakosz i teoretyk kuchni, w swym najbardziej znanym dziele „Filozofia smaku albo Medytacje o gastronomii doskonałej.”
Od kiedy Brillat-Savarin teoretyzowal na temat sztuki kulinarnej przez duże „S”, minęło już sporo czasu, ale jego uwagi i spostrzeżenia wciąż mogą, a może wręcz powinny być drogowskazem dla wielu posiadaczy gastronomicznych przybytków. Prezentuje on, bowiem, punkt widzenia człowieka miłującego jedzenie ponad wszystko. Taki właśnie powinien być gastronom i w taki właśnie sposób, czyli jak smakosza, powinien traktować gościa, który oto pojawia się w drzwiach restauracji; mała ona czy duża, z tradycjami czy fast food – klient i jego podniebienie zasługują na szacun!
Gastronomem niekoniecznie trzeba się urodzić. Sam Mistrz Anthelme, nim stał się kulinarnym guru,  pracował w sądach, był deputowanym, emigrantem, na wygnaniu nauczycielem języka francuskiego, a nawet grał w orkiestrze. Co nie przeszkadzało mu znać się na kuchni wybornie. A to znaczy, że gastronomem można zostać - gastronomem szanowanym, renomowanym, ale pod warunkiem, że przestrzega się pewnych reguł.
Naczelna zasadą restauratora powinno być - jak to się dawniej (czytaj: za PRL-u) mawiało - "Frontem do klienta". Innymi słowy, należy podchodzić doń a priori jak do kogoś, kto wie, co dobre, kto wynosi przyzwoite nawyki z domu rodzinnego, jest bywały. I nawet jeżeli to założenie na wyrost, to i  tak można na tym zarobić.
Nasuwa się tu mimowolne skojarzenie lokalu gastronomicznego z frontem, co jest wcale nie od rzeczy, o czym wiedzą doskonale wszyscy restauratorzy poważnie traktujący swój biznes. Na froncie – wiadomo – obowiązuje ciągła gotowość. Tyle, że gość, na miły Bóg, to nie ofiara do odstrzału!
Kiedy  pojawia się klient, trzeba mieć świadomość, że jego  – jak to fizjologicznie, acz barwnie opisał Brillat-Savarin -  “(...) narządy trawienne są już w gotowości: żołądek się uczula; soki gastryczne się burzą; gazy wewnętrzne przemieszczają się z hałasem; usta napełnia ślina i wszystkie siły trawienne są pod bronią”.
No przecież klienta w takiej gotowości żaden restaurator nie powinien potraktować jak wroga! A jednak...
          Nie wiem, jak Szanowne Państwo, ale ja, kiedy mam zasiąść w przygodnej restauracji, miewam  powracające stany lękowe. I nie wynika to bynajmniej z moich nieprzepracowanych traum życiowych i złych relacji ze światem zewnętrznym, a jedynie z doświadczenia, że lekkomyślne wejście do wielu, zbyt wielu polskich zakładów gastronomicznych bywa feralne, albowiem toczy się tam właśnie bitwa... nie, nie, nie o klienta. Z klientem!
Jakiś przykład? Proszę bardzo: przestrzegam gorąco przed zamawianiem "pysznych naleśniczków z warzywkami" w modnym w Kazimierzu Dolnym lokalu "Sarzyński", produkującym słynne kazimierzowskie koguty. Nie wiem, co mi podano i już nie chcę wiedzieć, ale ani strugi deszczu, ani awaria samochodu spowodowana tzw. chrzczonym paliwem nie odcisnęły się tak mocnym piętnem w moich wspomnieniach, jak obraz tego ohydztwa.
Z jedzeniem bywa podobnie jak z innymi doznaniami, z tymi erotycznymi włącznie: od kompletnego odlotu, przez poprawność, chłód, zdziwienie, po... - delikatnie ujmując - niesmak. Wszystko można spaprać. 
Tylko po co? Przecież mogło by tak fajnie..
           Weźmy takie warzywa: piękne, pełne wigoru, słoneczne, zachęcające, seksowne właśnie...

               I jakże atrakcyjnie można z nich skorzystać!



 Dlaczego więc podano mi naleśniki grube, klejące, mdłe, (brrrr...) wypełnione szarą... a zresztą, oszczędzę Wam szczegółów (nie były pikantne, niestety), przygniecione rozpuszczonym plastrem sera, choć mówiłam, że nic z serem?!!! 
Tknąć się tego nie dało, wystarczyło zajrzeć do środka, by zaniemóc, więc galopem, którego moja suka Danka mogła pozazdrościć, rzuciłam się do herbaciarni "U Dziwisza".

 Nie mam sentymentu do tego nazwiska, ale warto było! Bo dopiero tam, w otulającym ciepłem entourage'u, wśród zniewalających zapachów orientu, herbat, ziół, nalewek, stanęłam na nogi. A ściślej: usiadłam i - po kilku kieliszkach likieru ziołowego - poczułam, że - mimo szarży polskiej kuchni - jestem uratowana.
 
Z życzeniami samych smakowitych chwil i obietnicą dalszego ciągu - żegnam się z Państwem na dziś. Seksowne warzywa czekają ;-) Szacun.

Komentarze

  1. No chyba to nie jest nic nowego RITO!!Nie dawniej jak w ubiegły poniedziałek,wyjechaliśmy w celach służbowych,w okolice Częstochowy,i co ?Nauczeni doświadczeniem zjedliśmy kanapki,które zawsze przygotowuję na drogę.Nie odważyliśmy się zajechać na obiad nigdzie!!!Ja mam problemy gastryczne więc bardzo uważam na to co jem,nie zajechaliśmy nawet do Górskiego,a tam dają jesć smacznie,ale jest coś w tym jedzeniu,że zawsze źle się czuję,a Janusz bardzo odporny na wszelkie niedogodności kulinarne,też zrezygnował i co z tym zrobić?Bojkot?ale jak..Klient ma zostawic kasę!!!i o to chodzi...?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja mam wrażenie, że - prócz chęci wyciągnięcia kasy - personel gotujący (celowo unikam "kucharze) myślą, że tak ma być, bo sami tyle w życiu mieli. Bo w końcu też można by tanim kosztem, a dobrze i efektownie. I wszyscy byliby zadowoleni. Będzie ciąg dalszy, bo znów się wkurzyłam ;-)

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Miło, że tu zaglądasz :-)

Popularne posty