Odpływające łabędzie

Pani Gienia nie miała łatwo.
Pierwszy zagiął na nią parol mój dziadek.
Przed każdymi imieninami żony, ergo mojej babci, pytał Henię z przekorą: - A Twoja koleżanka z wyższym wykształceniem baletowym przyjdzie? Szło o występującą w pierwszym zdaniu panią Gienię. Występującą również zawodowo, albowiem pani Gienia była tancerką baletową. Z ukończonym - jak twierdziła - konserwatorium, czy innymi studiami baletowymi, czego dowód, niestety, ponoć zaginął był w pożodze wojennej.
Jednak dziadek, bywalec przedwojennych rewii i kabaretów, szedł w zaparte twierdząc, że pamiętał panią Gienię z lat trzydziestych, ale nie z żadnej ze scen operowych, lecz jako girlaskę wymachującą nogami i to wcale nie w pierwszym szeregu, w jednym z warszawskich przybytków rozrywki. Ot, faceci! Zero romantyzmu. (Całkiem niedawno dowiedziałam się, że dalsze szeregi przedwojennych rewii obserwowali prawdziwi koneserzy damskich wdzięków, ale o to już mniejsza).
Druga  zagięłam parol na panią Gienię ja.
Pani Gienia na służbie była moją Panią Profesor od baletu. – Panienki! pliez! un-deux-trois! Mał-go-sień! ka-skup-się! un-deux-trois!… Czasem przechodziła na polski i brzmiało to tak: - raz-dwa-trzy, dwa-dwa-trzy, trzy-dwa-trzy, cztery-dwa-trzy! - co dla mnie było klarownym potwierdzeniem tezy dziadka: pani Gienia nawet nie umiała liczyć!
- Panienki! Arabesque! Nie chwiać się!!!


AA - anonimowa arabeska

Małgosieńka, czyli ja, która skupiała się jedynie w kluczowych momentach nudnych jak flaki z olejem ćwiczeń przy drewnianych drążkach, wzdłuż ścian wielkiej, lustrzanej sali. Umiała czekać. Wreszcie! Pani Gienia uciszyła akompaniatorkę przy fortepianie i niczym muskularna chmura gradowa, w czarnym trykocie, czarnej kloszowej spódnicy do połowy łydki i czarnych baletkach, wybiegła na środek sali. – Jak można nie utrzymać arabeski?! Ja bym mogła tak stać do końca życia! - wykrzykiwała, stając na jednej nodze z wyciągniętymi ramionami.
Mimo wieku emerytalnego, to jej „do końca życia” było mocno przesadzone, albowiem pani Gienia chwiała się okrutnie na wszystkie strony i zaraz kończyła popis. 
A ja czekałam. Na przerwę. Bo kiedy, wraz pianistką, znikały za drzwiami, pryskała nuda, a swoje pięć minut miałam ja! Naśladując ruchy, mimikę i głos Pani Profesor, wypadałam na środek sali i z okrzykiem „Ja tak mogę stać do końca życia!!!”, robiłam pijaną jaskółkę i padałam z łoskotem na pachnący woskiem i kalafonią parkiet. Wiem, może to i mała podłość, ależ uciechy!
Dziadek wielokrotnie życzył sobie oglądać ten mój numer popisowy, który w końcu wszedł mi w krew i do dziś arabeskę, a raczej - jaskółkę robię gdzie bądź.


- Małgosieńko, pamiętaj: kobieta zawsze musi być pod bronią! – powtarzała sucho pani Gienia, tonem sztywnym, jak jej kark, kręgosłup i łydki, ilekroć przy stole poprawiała makijaż. Daleko mi wtedy było do asocjacji - śmigająca po ustach starszej pani karminowa szminka a broń. W czasach zimnej wojny rozumiałam, że mam być jak ta Marusia-brzoza z pepeszą, albo inna niemiecka agentka z pistoletem wymierzonym w umundurowaną pierś kapitana Hansa Klossa. Jak broń, to broń, jakie czasy, takie wizje.

Pamiętam też jedną starą fotografię pani Eugenii, tylko tę jedną z pośród wielu stojących kiedyś na etażerce w jej mieszkaniu przy lasku Bielańskim. Tak, ta wystylizowana na Marlenę Dietrich młoda, przedwojenna baletnica, po kostki spowita w zsunięty niedbale na ramiona biały, błyszczący atłasem płaszcz z trenem i szalowym kołnierzem, obszyty dookoła białym futrem, to była pani Gienia.  Fotografia wprawiała mnie w długotrwały stupor, patrząc wydawało mi się, że amerykański film był na wyciągnięcie ręki (mimo iż  Dziadek twierdził, że wypożyczyła do fotografii to cudo z jakiejś rewii).

Pani Gienia nie miała łatwo. Była osobą samotną, która… no właśnie – „do końca życia” czekała w pełnej gotowości na powrót niewiernego męża (znanego kiedyś aktora, reżysera i śpiewaka) i spojrzenie jego "gorejących oczu". 
Pamiętam jej bezgraniczne uwielbienie dla wielkich etoiles baletowych, które były jedynymi towarzyszami jej życia. To pani Gienia opowiadała mi z pasją o Annie Pawłowej. I pamiętam, jak po warszawskich występach Maji Plisieckiej „do końca zycia” nie mogła dojść do siebie. Miałam wrażenie, że taniec Plisieckiej na deskach Teatru Wielkiego rozświetlił całe jej życie, do ostatnich, samotnych dni.
W końcu pamiętam ją, już bardzo leciwą, ale wciąż prostą, niczym napięta struna, mocno umalowaną, przemierzającą ulice niespotykanie, jak na swój wiek, energicznym krokiem, w niebotycznie wysokich szpilkach na wciąż muskularnych nogach tancerki. I tak „do końca życia”, zawsze pod bronią. Do dziś zdarza mi się odwrócić na mocny stukot szpilek po chodniku – czyżby pani Gienia?

Ale zaraz, zaraz… Przypomniało mi się jeszcze, że pani Gienia, muskularna, ale bez grama tłuszczu,  była też przy wielkim apetycie. W zapyziałym PRL-u pewnie nie poznała smaku tortu Pavlovej. 

Pani Profesor, to dla Pani!


 Pawłowa a' la moi  (czytaj: deser dla leniwych)

0,5 kg owoców jak maliny, truskawki, jagody (choć najsmaczniejsza Pavlova jest z malinami),
0,5 l słodkiej śmietanki,
kilka łyżek cukru, zgodnie z własnym podniebieniem,
prawdziwa wanilia (może być płynny ekstrakt),
ew. kieliszek maraschino lub wody różanej,
bezy, najlepiej własnego wypieku, albo ciągnące ze sprawdzonej cukierni, (moje ulubione, rumiane ciągutki chyba najlepsze w PL do niedawna piekli w Olsztynku).

Owoce zasypuję cukrem, skrapiam maraschino lub wodą różaną i zostawiam, żeby się lekko zmacerowały. 
W tym czasie ubijam na puch śmietankę z dodatkiem cukru i wanilii. W przypadku ekstraktu waniliowego - ostrożnie: zbyt szybko dodany może zważyć śmietanę! 
Ozdobną formę budyniową (może być też tortownica, forma do keksu) od środka zwilżam lekko woda zwykłą/różaną albo smaruję lekkim olejem (migdałowym, sezamowym), by deser łatwiej dał się wyjąć na paterę. Bitą śmietanę łączę delikatnie z owocami tak, by wciąż pozostawała puszysta. Niedokładnie wymieszany deser jest ładniejszy, bo po przekrojeniu ma kolorowe, marmurkowe smugi owocowego soku. Przekładam całość do formy, a wierzch, który po wyjęciu będzie spodem, wykładam bezami płaską stroną do góry, albo zakrywam bezowym blatem. Wstawiam do zamrażarki i czekam na gości.
I pilnuję, by deser zmroził się lekko, a nie na sztywny, lodowy blok.

Po wyjęciu z zamrażarki moja Pawłowa, która jest też trochę tortem hiszpańskim i parfait owocowym, musi odczekać kilkanaście minut w temperaturze pokojowej, by podać ją wciąż lekko zamrożoną, ale by też łatwo poddawała się widelczykowi. Jak deser nie chce po dobroci wyślizgnąć się na paterę, zanurzam formę na moment w ciepłej wodzie. A potem dekoruję jak mi w duszy gra: bezami, owocami, miętą, migdałami, itd.


Dla Pani Gieni każda Pawłowa powinna chyba być spowita puchem białej bezy i lśniącej śmietany. Wytworna, niczym jej płaszcz ze starej fotografii...


************************************

Do wpisu wróciłam po prawie trzech latach - był jednym z moich pierwszych zmagań z blogiem - bowiem tej nocy dotarła wiadomość o śmierci Maji Plisieckiej. Wysokiego, pięknego lotu, Łabędziu, który nie poznał, co to grawitacja.







Komentarze

Publikowanie komentarza

Miło, że tu zaglądasz :-)

Popularne posty