Między Babilonią a Mazurami

Nieprawdą jest, że zapomniałam o moim blogu oraz o jego Czytelnikach w kraju i zagranicą.
Po prostu moje myśli, zwykle i tak chaotyczne, szybowały w zupełnie inne rejony, geograficzne również.
Bo, na przykład, czy ktoś z Państwa wie, kto tak misternie trefił włosy i brody tym panom, nim ruszyli do walki?

Albo: jak mieli długie - (cisza na sali, nie chichotać! a Pani z drugiej strony monitora proszona jest o zachowanie spokoju) - korzenie zębowe? Albo: jak potoczyłoby się ich dzieciństwo, gdyby musieli jeść np. kapuśniak i kiełbasę?
I kiedy takie to i inne dylematy zaprzątały umysł mój wątły, postanowiłam ochłonąć nieco i zanurzyć się bez reszty w jednym z mazurskich jezior. A Mazury są mi bardzo bliskie, (prawie jak od niedawna Mezopotamia i Babilonia) - wszak jestem autorką pierwszej książki o tradycjach kulinarnych drzewiej na Warmii i Mazurach.
Jak było cudnie wśród tych lasów, jezior, łąk bez dzięcieliny pały, ale za to z gryką jak śnieg białą i to aż po horyzont,


wśrod zapachówi, barw, głosów ptactwa wodnego i jeleni (proszę Pana, to nic osobistego!) nie opiszę, albowiem brak mi środków wyrazu.
Przy tym - jako że podróże kształcą - przypadkowo dowiedziałam się, iż Mazurzy, lud zaradny, mają aż 6 nagrobków Jagiełły:


oraz, że - w sumie - są one ogólnodostępne i dobrze leżą:


No wrażeniom wprost nie było końca!
A teraz będzie kulinarnie, bo mimo wszelkich doznań i całej nabytej wiedzy, finał był - jak przy każdej mojej wyprawie na Warmię i Mazury - ten sam: a) nalot na cukiernie w Olsztynku, by wykupić wszystkie bezy, b) najazd na moje ukochane Swaderki, celem zakupienia ryb rozmaitych, świeżych i wędzonych.





 Kupiłam, między innymi, dorodne, lśniące świeże liny. Od razu wiedziałam, że nie zrobię ich klasycznie, po polsku, w śmietanie, bo podobnie jak wystylizowani panowie z pierwszej fotografii, zmuszona jestem unikać dodawania tego cudownego, mlecznego kwiatu do dań wszelkich. I wybrałam zdrowotny pewnik: wariant śródziemnomorski, zapewne prototyp osławionej "ryby po grecku".

Lin po śródziemnomorsku

1 lin,
3 ugotowane krótko i pokrojone w kostkę ziemniaczki,
1 pokrojony w kostkę pomidor,
1 spora garść oliwek zielonych lub czarnych,
2 łyżki kaparów w occie,
2 ząbki czosnku,
oliwa z oliwek, 
oregano.
W płaskim rondlu osmażyłam lina na oliwie. Dodałam czosnek, oliwki i kapary, a po kilku (3-4) minutach ziemniaki. Odparowałam całą wilgoć, podniosłam temperaturę ognia i wrzuciłam pomidory, które miały się jedynie podsmażyć, ale nie rozgotować. Na koniec posypałam obficie oregano. Zanim zjadłam, wyglądało tak:


Do czego jeszcze jestem zdolna (prócz robienia fatalnych fotografii), dowiecie się w kolejnych odcinkach.






























Komentarze

Popularne posty