Noc Świętojańska!

 Nie, nie, kochani, nie jesteście w piekle. To tylko ognie Nocy Kupały. Tej jedynej, wyjątkowej, najdłuższej...
To jak - gotowi do zabawy pod hasłem:
CHOĆ PO WIANKU ANI ŚLADU, TO OGIEŃ WCIĄŻ PŁONIE ?

         W noc najkrótszą w roku, noc przesilenia (a po update'cie katolickim w wigilię świętego Jana), tak na Mazowszu, jak i w innych częściach Polski, między belki domostw kobiety wtykały łopian i bylicę, zioła, które wedle magii ludowej odpędzały zarazę wszelką i inne nieszczęścia spadające na ludzi „z powietrza”. Dziewczyny wiły wianki,  te najsłynniejsze w roku, świętojańskie i nocą "rzucały je do falującej wody" lub na drzewo. Zaplatały je z ziół o właściwościach ponad wszelką wątpliwość erotycznych, nucąc:
Oj rutko moja ,rutko,
Rośnij ty mi cichutko,
Uwiję ja wianeczek
W niedzielę raniutko –
Wianki pachniały rutą, mirtem, macierzanką, lubczykiem i miętą, żółciły dziurawcem - zielem świętojańskim par excellance, wiły lnem, i to najlepiej wykradzionym z pola należącego do rodziny gdzie byli sami synowie. Bo, nie da się ukryć, wiosenno-letnie obrzędy czciły  słońce i miłość. 
Jasie i Kasieńki, główni bohaterowie ludowych przyśpiewek dorastali i wyglądali z niecierpliwością wiosennych... hmmm... orgii? Słowem najczęściej powtarzanym na głos i w myślach była „sobótka”, dzisiaj kojarzona niemal wyłącznie z wigilią świętego Jana. Młodzi dobrze wiedzieli, jakie uciechy ich czekają. A właściwie, to dlaczego tylko młodzi? Dość zajrzeć do starych ksiąg parafialnych i policzyć ileż to dzieci nieślubnych z pater ignotum rodziły wiosną chłopki i szlachcianki, panny i wdowy. 



Zwyczaje zieloniświątkowe oraz te z nocy Sobótkowej aż kipiały od zabiegów magicznych związanych z uprawą roli. Pora była budzić płodność w przyrodzie. Wszelką płodność.
Oj, u mnie wszyćkie myśli
idą mi na oczy,
oj, bo ja bez kochania
nie mogę spać w nocy.
Oj, Najświętsza Panienko,
Jezusie kochany,
da, połóż mi chłopaka
wedle samej ściany –
śpiewały całkiem bez ogródek Kasieńki z Kieleckiego.
Źródeł ilustrujących to pradawne święto jest bardzo niewiele: „przyzwoici ludzie” z obawy przed krytyką ze strony autorytetów nie garnęli się do takich opisów. Za to przetrwały relacje i fragmenty kazań duchownych, których jak zwykle raził pogański Eros i orgiastyczny charakter świąt. 
Potępiał te nieobyczajne igrzyska pogańskie Jan Długosz w Kronikach, ponieważ „na nie gromady zbierają się ludzi, którzy podzieleni na stada, czyli rzesze szaleńców i rozkoszników radzi obchodzą one świątki godowaniem i swobodnymi wczasy”.
Kościół z "rozkosznikami" walczył jak mógł. Synodalna uchwała biskupa krakowskiego Piotra Wysza z 1408 roku głosiła (za Janem Bystroniem): „Zabraniamy śpiewania w czasie Zielonych Świąt pieśni pogańskich, w których wzywa się i czci bóstwa”. Biskup, nie natchniony łaską zrozumienia, nie wiedział, że owe wołane Łada, Ileli, Jassa nie były pogańskimi bożkami, lecz radosnymi okrzykami w pieśniach świątecznych. 
„Staruszki, kobiety i dziewczęta, zamiast iść modlić się do kościoła, zgromadzają się w pląsy, gdzie wzywa się diabła Isaja Łado Ileli ja, ja! Otóż niech one, skoro z diabłem przyszły, z tymże diabłem odejdą i póki nie uczynią pokuty, niech z Jassą i Ładą odejdą na wieczne potępienie!” – grzmiał inny rodzimy Savonarola. (A tak na marginesie: być może Savonarola doczekałby spokojnej starości w klasztorze, gdyby tylko nie tknął drażliwego problemu kobiet lekkich obyczajów. Antypapiescy z natury Florentyńczycy pod wpływem jego kazań znosili wiele: wyrzeczenia, posty… Jednak kiedy ten włożył palec między drzwi i wygnał kurtyzany z miasta, rozjuszony męski tłum dobrał mu się do skóry. Chorobliwie ascetyczny klecha skończył na stosie, jak wcześniej ofiary jego fanatyzmu).
Inny kaznodzieja napominał kobiety i dziewczęta, „które w dni wigilijne po całych nocach nie śpią, rozmawiają, bawią się i skaczą, tak jak poganie, czcząc Prozerpinę i Wezerę”. Napominał też rodziców, którzy „zezwalają na to, gdyż na tych to zabawach wiele się dokonuje rzeczy niegodziwych”.
Wieki mijają, a kościół wciąż ten sam.
Mimo wysiłków księży ciężko, oj ciężko było namówić Kasieńki i Jasieńków do "czystości", zaś noc Kupały sprzyjała rozwiązłości w sposób wyjątkowy.
Moja matko, był tu Maciek,
Chciał donicy – wiercić maczek.
Moja córuś, dać mu było,
Dyć by nam jej nie ubyło.
            O dawnej wiejskiej seksualności opowiadają nam ludowe przyśpiewki, takie jak cytowana powyżej, zebrane wśród ludu głównie przez Oskara Kolberga i Zygmunta Glogera. W zachowanych wiejskich erotykach występuje zawsze dwoje bohaterów. On: Jasieniek – w kulturze ludowej jedyne uznawane imię w miłości.  Ona: Kasieńka, we wszystkich piosenkach wyidealizowana i podobna.
Zatrzymajmy się przy tych przyśpiewkach chwilę, bo dopełnią obrazu życia chłopów. Życia, w którym jadło się by przeżyć, a kochało, by przedłużyć gatunek. Przy czym obie te czynności były nieustającym źródłem uciech. Oto jak niektóre Kasieńki, starą i sprawdzoną kobiecą metodą próbowały trafić przez żołądek do serca. Czytać i zazdrościć!
                                                             Z chłopcami ja tańcowała,
Gorzałkę po kwarcie brała,
Sera kopę, faskę masła,
Bo ja siebie z nimi pasła.
Dalej, chłopcy, poskakajcie,
Gorzałeczkę popijajcie,
Jedzcie, chłopcy, sera, masła,
Bo ja sobie dziewka krasna.         
         No i ten wianek! Brzmiała często pochwała dla zachowanego, ale jeśli się nie udało – to też niewielka strata.
U mojej dziewczyny
w piątek zaręczyny,
w niedzielę wesele,
w poniedziałek chrzciny.
Zresztą jak tu było utrzymać wianek, kiedy ktoś wciąż namawiał do grzechu?
Przyszedł do niej Podoleniec,
Podolanko, daj mi wieniec.
Albo inaczej:
W stodole, w stodole
Był u mnie ktosi,
Prosił mnie, prosił mnie
Pięknie o cosi.
Cierpliwość Jasieńkowi popłacała. Jak Kasia miała mu nie ulec skoro
Chodził do mnie całe lato,
dałażem mu gęby za to.
Chodził do mnie całą jesień,
Puściłam go do dom przez sień.
Chodził do mnie całą zimę,
Puściłam go pod pierzynę.
Utracony wianek rodził pragnienie zemsty, która – w przeciwieństwie do innych ludów Europy – nigdy nie była krwawa. Nie trzeba chyba dodawać, że tradycyjnie Jasieniek był zawsze usprawiedliwiony, bo Kasia brała winę na siebie. No, chyba, że się nie sprawdził, a miał pecha i trafiła mu się demon nie kobieta.
W stodole, na dole,
Na przylazisku,
Nie ujnioł pokochać,
Dostoł po pysku.

            W kłopotach tego rodzaju miały być pomocne  szeroko wśród ludu stosowane afrodyzjaki . I nie mowa tu o kwiecie paproci, którego i tak nigdy nikt nie znalazł, lecz znów o ziołach, w których moc święcie wierzono.
            Dawnymi czasy największym hiciorem był nasięźrzał, rodzaj małej paproci o drobnych listkach. „Lud opowiada – pisał Gloger pod hasłem Rośliny miłośnicze – że dziewczyna, chcąc zjednać sobie miłość chłopca musi zdobyć tę paproć w szczególniejszy sposób. A więc upatrzywszy sobie za dnia miejsce, gdzie rośnie nasięźrzał, musi iść tam o północy nago i obróciwszy się tyłem – żeby jej diabeł nie porwał – rwać go wymawiając pewną formułę (…):
                                                            Nasięźrzale, nasięźrzale,
                                                                  Rwę cię śmiało
Pięcią palcy, szóstą dłonią,
Niech się chłopcy za mną gonią;
Po stodole, po oborze,
Dopomagaj, Panie Boże.
      Do innych „roślin miłośniczych” lud zaliczał pokrzyk zastępujący legendarną mandragorę, rutkę, którą panny siały w ogródkach, by mieć do ślubnego bukietu i wianka, lubczyk, szkarłat, dziewięciornik, rozmaryn.
      „Wiemy z literatury ludoznawczej – kontynuował Gloger – że kości nietoperza, szczątki trumien, święcona kreda, itp. przedmioty bywają używane przez lud w celu osiągnięcia wzajemnej miłości. Do bardzo pospolitych środków należy jabłko, które dziewczęta rozkrawają na dwie połówki, nosząc je albo na szczytach piersi albo pod pachami; skoro połówkę tak magicznie uzdolnioną zje chłopiec, musi zapałać gorącą miłością do kobiety, która je nosiła”.
Proste a skuteczne ludowe afrodyzjaki... Wszystko po to, by młodzi mogli łączyć się w pary, przedłużać gatunek tak, by życie mogło toczyć się dalej. I by mogło być tak, jak w krakowskiej szopce
Napił się dziaduś ciepłego winka,
Gonił babunię koło kominka.
Nie wyobrażajmy sobie, że lud kończył definitywnie zabawę sobótkową z nastaniem świtu. W niektórych okolicach harce trwały aż do wigilii świętego Piotra i Pawła. I to mimo statutu Andrzeja Paskarza zakazującego nocnych tańców zarówno w wigilię św. Jana, jak i  świętych Piotra i Pawła, gdyż wtedy właśnie „dokonuje się niemoralnych czynów, nierządu, cudzołóstwa i kazirodztwa”. Krótko mówiąc - wszyscy ze wszystkimi.
I to by było na tyle. Pośpiewaliśmy sobie, ale... nie pojedli, a przecież miało być też kulinarnie... To w taką noc mamy stać przy garach?!!! A narwijcie sobie ziół  i zróbcie sałatkę!
Chociaż.... zaraz, zaraz.. Oto uwspólcześnione przepisy sobótkowe z jabłkiem miłosnym w roli głównej.


 PRZEPIS PODSTAWOWY (dla jedenej pary hetero)
Składniki: jabłko
1 para piersi

Jabłko kroimy starannie na 2 równe połówki. Każdą połówkę kładziemy na jedną pierś na czas dowolny. Gdy jabłko nabierze mocy, serwujemy ją mężczyźnie, któremu akurat chcemy zadać uroku. W przypadku pana w pewnym wieku, można jabłko obrać i delikatnie wyjąć gniazdo nasienne.

PRZEPIS HARDCOROWY (dla par lubiących mocniejsze doznania zmysłowe oraz gejowskich)

Składniki:
1 jabłko
2 pachy
ew.  dezodorant, np. cynamonowy
Jabłko, podobnie jak w przepisie podstawowym, kroimy na 2 równe połówki, a następnie wkładamy każdą pod jedną pachę. Kiedy uważamy, że czas wytrzymałości partnera dobiega końca, serwujemy na dłoni, liściu łopianu, na łonie przyrody lub własnym.

I zabawa trwa. Pod hasłem:
CHOĆ PO WIANKU ANI ŚLADU, TO OGIEŃ WCIĄŻ PŁONIE!



Komentarze

Popularne posty